Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
piątek, 11 października 2013
Ricardo Mannetti - od eFeManiaka do selekcjonera

Football Manager zainspirował już wielu graczy do wysyłania klubom CV pełnych ich wirtualnych osiągnięć. Ta historia jest jednak inna - opowiada o byłym piłkarzu, którego do trenerki zainspirował FM, a który w czerwcu tego roku został selekcjonerem drużyny narodowej.

Ricardo Mannetti, 55-krotny reprezentant Namibii, nigdy nie zrobił zawrotnej kariery klubowej. Przygodę z piłką zakończył już w wieku 31 lat, po drodze występując w kilku drużynach z RPA. Na swoim koncie ma także udział w Pucharze Narodów Afryki w 1998 roku, gdy jego kraj debiutował w tych rozgrywkach. Dzielni Wojownicy zagrali wtedy na miarę swoich przydomków. W pierwszym meczu grupy C ulegli 3:4 Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Mannetti strzelił kontaktowego gola na 2:3. W drugim spotkaniu Namibijczycy zremisowali 3:3 z Angolą, a w decydującym starciu ulegli RPA 1:4. Katem debiutantów okazał się zdobywca czterech bramek, Benni McCarthy, jednak dzięki ofensywnej grze zespół zostawił po sobie dobre wrażenie.

Kolejnej szansy na wybicie się Mannetti nie dostał. Gdy po dziesięciu latach Namibia dostała się na PNA po raz drugi, był już od dwóch lat na emeryturze. Lecz kiedy w 2006 wieszał buty na kołku, w tamtym momencie nawet nie rozważał opcji zostania trenerem. Coś jednak te plany zmieniło. Tą rzeczą był... Football Manager. O tym, że ta z pozoru zwyczajna gra potrafi działać na wyobraźnię, przekonaliśmy się wszyscy - także Ricardo Mannetti. Wystarczyło, że rozegrał w niej trochę meczów ze swoim szwagrem i jego pasja została rozpalona. 

- Wcześniej nie miałem do czynienia z grami komputerowymi, nigdy nie byłem nawet nimi zainteresowany. Jednak Football Manager rozbudził moją wyobraźnię. - opowiadał Reutersowi jeszcze w czerwcu. - Cały czas wygrywałem i każdy twierdził, że to dowód, iż byłbym dobrym trenerem.

Ricardo dał się przekonać. Krótko po zakończeniu kariery zaakceptował ofertę prowadzenia namibijskiego FC Civics Windhoek, w którym wychował się jako piłkarz. Klub przed jego przybyciem dopiero co cudem uniknął degradacji. Jednak pod wodzą Mannettiego, niczym w wirtualnej rzeczywistości, wszystko się zmieniło - zespół już w pierwszym sezonie zdobył Puchar Namibii oraz wicemistrzostwo kraju. Sukcesy te nie umknęły największemu namibijskiemu klubowi Black Africa FC, który wkrótce ogłosił Mannettiego swoim nowym szkoleniowcem.

W 2010 Namibijski Związek Piłkarski zatrudnił go w roli trenera juniorskich drużyn narodowych, by już po roku Ricardo samodzielnie prowadził zespół U-20. Pełnił też przez krótki czas funkcję asystenta Rogera Palmgrena, który został selekcjonerem seniorskiej reprezentacji w maju 2013 roku. Jednak już po miesiącu Szwed nieoczekiwanie zrezygnował z posady, gdy po remisie 0:0 z Malawi pijany fan groził śmiercią jego rodzinie. Zdecydowano się zastąpić go Mannettim.

- Widziałem jak menedżerowie przychodzą i odchodzą, ale tego się nie spodziewałem. Jeśli mam być szczery, jestem trochę zestresowany. To dla mnie wielkie wyzwanie i jedyne, czego teraz chcę, to by naród skupił się na piłce, nie na Rogerze.

Nowy selekcjoner musiał jednak działać szybko, bo już za kilka dni czekał go mecz eliminacji do MŚ z Nigerią. Super Orły miały po sześciu meczach cztery punkty więcej od Namibii i prowadziły w grupie F. By zachować szanse na Mundial, w grę wchodziła więc tylko wygrana. Nie udało się - w meczu padł remis 1:1. Namibijczycy wyszli na prowadzenie w 77. minucie (bramkę zdobył wprowadzony przez trenera rezerwowy), niestety rywale odpowiedzieli już po 300 sekundach. Wynik, choć jak na debiut bardzo dobry, miał więc dla Mannettiego gorzki smak.

Kolejne dwa spotkania przyniosły mu pierwsze małe sukcesy - sparingi z Mauritiusem i Szeszelami zakończyły się zwycięstwami, kolejno 2:1 i 4:2. Nieco gorzej potoczyły się mecze towarzyskie przeciwko RPA i Mozambikowi (1:2 i 0:1). Sezon drużyna Namibii zakończyła porażką 0:1 w ostatnim meczu eliminacyjnym przeciwko Kenii.

 Dziś 38-letni Mannetti snuje już plany na kolejny rok pracy z reprezentacją. I jak dodaje, jedynym jej minusem jest fakt, że nie ma więcej czasu na gry komputerowe.

sobota, 10 sierpnia 2013
W III lidze dzikie karty rozdają taliami. Niektórym trzy lata z rzędu!

Aby przekonać się, że poziom łódzkiej piłki stoi na nędznym poziomie, wystarczy zobaczyć na własne oczy stan tutejszych boisk. Istnieje też jednak druga metoda. Jeśli bowiem policzymy kluby z Łodzi i regionu w składach lig na sezon 2013/14, okaże się, że na pojedynek dwóch natrafimy dopiero w III lidze łódzko-mazowieckiej. Po równoległych spadkach GKS-u i ŁKS-u wszystko, czym może pochwalić się pułkownik Potok, to jeden klub na poziom: 

  • Ekstraklasa: Widzew
  • I Liga: GKS Bełchatów
  • II Liga: Pelikan Łowicz

Kolejnych reprezentantów ŁZPN znajdziemy dopiero piętro niżej, na czwartym szczeblu rozgrywek. Większość nie nadaje się jednak nawet na niego, bo od czasu powstania grupy łódzko-mazowieckiej nie awansował z niej żaden (!) zespół z łódzkiego. Kilka próbowało za to spaść – bezskutecznie. 

O czym mowa? Za przykład najlepiej posłuży tu Warta Sieradz. Drużyna ta od trzech sezonów spada z ligi i po raz trzeci nie poniesie z tego tytułu żadnych konsekwencji!

Można być na III ligę za słabym sportowo. Jednak w Polsce mamy tak, że pierwszeństwo w degradacji posiadają ekipy, które na danym poziomie nie radzą sobie finansowo. W łódzkim zaś zawsze znajdzie się ktoś, komu pieniądze w kasie się skończą i postanowi zwinąć interes albo narobi takich długów, że nie będzie w stanie mu pomóc nawet najbardziej łaskawa komisja licencyjna. Wtedy ŁZPN nie ma po innego wyjścia – gdy dany klub zostanie wycofany z rozgrywek, w jego miejsce zapraszani są po kolei spadkowicze, a dopiero potem najlepsze kluby z niższej ligi. Sieradz, który zazwyczaj procedurę licencyjną przechodzi bezboleśnie, miał akurat to szczęście, że gdy zajmował dwukrotnie 16. miejsce, wypadał jeden klub, a gdy był 17. – wypadły dwa.

Najpierw sieradzanie utrzymali się po wycofaniu z rozgrywek Ceramiki Opoczno. Wtedy, gdy biało-zieloni przegrali miejsce nad strefą spadkową w ostatniej kolejce, w mieście traktowano ten prezent jako szansę na rehabilitację. Rok później Warta zakończyła jednak sezon na przedostatniej pozycji, po prawdziwie żenującej grze. Tymczasem związek uratował nie tylko ją, ale też lepszy o jedną lokatę Włókniarz Zelów (zrezygnowało KP Piaseczno, Hutnik Warszawa nie otrzymał licencji) i ostatecznie z ligi spadła jedynie ostatnia Narew Ostrołęka.

Podwójne ocalenie było jeszcze zabawne, ale wszystko ma swoje granice. Sieradz drugiej szansy też nie wykorzystał, kolejny raz lądując na zakończenie sezonu w strefie spadkowej. Tym razem decyzja o jego ponownym ocaleniu - bo z torbami poszły LKS Kwiatkowice - wiąże się w większej mierze z żenadą niż z zadowoleniem. Zawodnicy nie otrzymują wypłat na czas, klub zatrudnia od dekady w kółko tych samych trzech trenerów, a w urzędzie skarbowym zaległości sięgają 40 tysięcy złotych. W skrócie: przed odwołaniem - okręgówka. Po odwołaniu - dwie klasy w górę. Takie promocje tylko w łódzkim.

Dla Warty jest to trzecie utrzymanie przy zielonym stoliku z rzędu. W ten sposób zespół nie mający pieniędzy, piłkarzy, szkoleniowca ani frekwencji na III ligę, kolejny rok będzie zbierać w niej oklep. A na koniec i tak ogłosi, parafrazując Tomasza Kafarskiego, że Warta jeszcze nie spadła.

15:24, karol.clapa , Futbol
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 maja 2013
Playlista motywacyjna gracza

Gdy bokser wychodzi na ring, puszczana muzyka ma za zadanie wprowadzić go w odpowiedni nastrój i zmotywować do lepszej walki. Podobnie jest z piłkarzami, którzy słuchają swoich ulubionych kawałków przed meczami, w autobusie albo szatni. Okazuje się jednak, że bojowe nastawienie muszą obudzić w sobie również inni - np. wirtualni menedżerowie. 

Słyszeliście o Spotify? To program umożliwiający słuchanie muzyki i tworzenie playlist bez konieczności pobierania empetrójek na nasze dyski twarde. Teraz korzysta z niego również ekipa Football Managera, która postanowiła poprosić graczy o pomoc w skompletowaniu listy utworów najbardziej motywujących ich przed wirtualnymi meczami. Wystarczy, że skorzystacie z aplikacji przygotowanej w tym celu przez Sports Interactive na Facebooku.

W polu wyszukiwania wpisujecie tytuł piosenki, którą chcielibyście dodać do playlisty i - jeśli znajduje się ona w bazie Spotify - zgłaszacie jej kandydaturę. Po wszystkim aplikacja poprosi Was o imię i nazwisko oraz adres e-mail, ponieważ zabawa powiązana jest z konkursem. Każda osoba dodająca utwór może wziąć udział w losowaniu nagród, wśród których są: iPad Mini z FM Handheld 2013 oraz konta Premium na Spotify. Niestety, regulamin przewiduje jedynie wyróżnianie osób zamieszkujących teren Wielkiej Brytanii - jeśli jednak macie nadzieję, że organizatorzy zrobią dla Was wyjątek (co, rzadko bo rzadko, ale się zdarza), to śmiało zgłaszajcie się do loterii. Rozstrzygnięcie poznamy na początku lipca.

Choć zabawa skierowana jest do fanów serii Football Manager, nic nie stoi na przeszkodzie, by z playlisty korzystał każdy, kto chce wprawić się w odpowiedni nastrój przed ważnym dla siebie wyzwaniem. Nieważne, czy to mecz po sieci w FIFA 13, egzamin maturalny czy trening na siłowni. Michał Pol stworzył ostatnio np. listę utworów dobranych specjalnie z myślą o finale Ligi Mistrzów.

Klikając w link poniżej możecie podejrzeć, czego słuchają przed meczami eFeManiacy z całego świata. Miłej motywacji!

>> Football Manager Motivational Playlist

środa, 15 maja 2013
Kim ja jestem, żeby decydować o stadionie?

Klamka zapadła. Widzew dostaje stadion, ŁKS trybunę - wszyscy, mając na myśli członków obrad, są zadowoleni. Zdanowska rozwiązała kłótnię względnym konsensusem i nie musi stawiać dwóch obiektów, Widzew otrzyma stadion na miarę swojej pozycji w ligowej hierarchii - czyli dokładnie tyle, ile obecnie potrzebuje. ŁKS otrzyma trybunę i boiska treningowe dostosowane do ich sytuacji w polskiej piłce - czyli również dokładnie tyle, ile potrzebuje. Cacek się cieszy, Salski się cieszy, Pani Prezydent może odetchnąć z ulgą. Oczywiście w tym konflikcie musiała być strona niezadowolona (i jest!), bo najbardziej zatwardziali fani ŁKS-u decyzji o lokalizacji Stadionu Miejskiego przy al. Piłsudskiego z pewnością łatwo nie zaakceptują. Ich problem w tkwi jednak w tym, że żaden prezydent, burmistrz czy wójt, choćby nie wiadomo jak nierozsądny, mając już w mieście zespół występujący w Ekstraklasie, nie wybuduje obiektu za wiele milionów drużynie czwartoligowej, bo "może się dzięki temu odbuduje". I nie jest to kwestia sympatii czy antypatii, ani zasług historycznych - w IV lidze obiektów za 170 milionów zwyczajnie się nie stawia.

Zdanowska podjęła wczoraj logiczną decyzję, wzbudzającą najwyższy odsetek zadowolenia społecznego. Widzew, jako klub dolnej części tabeli i z bardzo przeciętną frekwencją, nie potrzebuje w tym momencie obiektu za więcej niż wspomniane 170 milionów. ŁKS, od przyszłego futbolu zaczynający futbolową rezurekcję z kolejnych kręgów piekła, nie ma na razie potrzeb większych niż nowa trybuna na 5 tysięcy fanów. A biorąc pod uwagę fakt, że oba kluby mogły dostać figę z makiem, czyli przeciąganą bez końca budowę na Orle, gdzie tak naprawdę żaden z nich nie chciał grać, a kibice obu zespołów prędzej czy później by się wzajemnie pozabijali - nie powinno być mowy o negatywnych nastrojach. Jasne, że fani ŁKS-u zdążyli się podpalić na budowę przy al. Unii, gdy umowa była już podpisana, a Łódzki Klub Sportowy występował w Ekstraklasie. Sęk w tym, że to nie miasto skrzywdziło ich odwołując te plany, ale sami ludzie rządzący ŁKS-em oraz PZPN, których destrukcyjne działania na niekorzyść klubu zmusiły Łódź do wycofania się z projektu Stadionu Miejskiego na Polesiu.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest, że w tej wojnie łódzko-łódzkiej na swoje racje i zasługi nie ma nic poza hipokryzją. Całe te akcje, apele celebrytów, argumenty o "najlepszej lokalizacji", bo tu lotnisko, a tam dworzec - to zwykła fikcja. Tylko dziś brałem udział w sytuacji potwierdzającej tę tezę. Student dziennikarstwa jak ja, z tą różnicą, że zawzięty kibic ŁKS-u, w przypływie emocji stwierdził, że jako człowiek nie pochodzący z Łodzi nie mam prawa głosu w tej sprawie. Gdy powiedziałem, że decyzja już zapadła i moim zdaniem z logistycznego punktu widzenia jest najlepsza, a protesty kibiców kibiców ŁKS-u nic nie zmienią, omal nie zaczął mnie bić, bo "stadion jest dla wszystkich łodzian".

Dla mnie stadion wszystkich łodzian to pięknie brzmiąca bzdura. Nikt, ani ŁKS, ani Widzew, nie chciał wspólnego stadionu, każdy za to życzył drugiej stronie wszystkiego najgorszego. Teraz, gdy obie mają adekwatny dla swojej sytuacji kawałek tortu, nadal ktoś jest niezadowolony. Bo jedni mają więcej, a drudzy mniej, ale właśnie taka jest rzeczywistość - jeśli fani ŁKS-u kogoś chcą o nią obwiniać, to nie Zdanowską czy widzewiaków, tylko ludzi, którzy byli klockami hamulcowymi w ich klubie. Jeśli zaś na Widzewie ktoś zechce narzekać, że dostają na stadion 170 milionów, a nie np. 250, niech szuka winy w zaległościach finansowych RTS-u.

Co prawda komplement dla Pani Prezydent ledwo przechodzi mi przez gardło - bo na co dzień uważam ją za bardzo słabego przedstawiciela interesów miasta - jednak w tym momencie podjęła najlepszą możliwą decyzję. Jedyną, która ma uzasadnienie oparte wyłącznie na interesach sportowych. Jeśli komuś sympatie klubowe przysłaniają tę prostą logikę, a już zwłaszcza studentowi dziennikarstwa, to taka osoba nie powinna zabierać się za kreowanie opinii publicznej.

- Kim Ty jesteś, żeby o tym decydować?! - wykrzyczał mi w twarz ów student. Chętnie odpowiem na to pytanie. Jestem z zewnątrz - i może dlatego potrafię spojrzeć na tę sprawę z nieco chłodniejszą głową.

sobota, 11 maja 2013
Drink dla Pana Prezesa, czyli może Lords of Football wcale nie jest takie głupie?

Od kilku dni obserwujemy w Legii Warszawa sytuację, którą z pełną celnością można określić tytułem filmu "O dwóch takich, co poszli na miasto". W obsadzie mamy więc serbski duet Ljuboja&Radovic jako bohaterów komediowych, a ja zaś nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował przenieść tego scenariusza na płaszczyznę wirtualną.

Watek alkoholowy w grach piłkarskich pojawia się zaskakująco rzadko. Jeśli chodzi o zręcznościówki, chyba tylko w New Star Soccer mogliśmy obniżyć swoją formę tankując piwo. Co zaś tyczy się managerów, Football Manager do roku 2010 oferował zaledwie jeden komunikat poświęcony nocnej aktywności piłkarza, pozostający zresztą bez przełożenia na jego faktyczną formę - a teraz nie znajdziemy już w grze nawet tego drobnego wyjątku. W FIFA Manager wstawionych zawodników brak, nie mieliśmy z nimi do czynienia również w CM-ie Eidosu. Nawet twórcy prastarej Ligi Polskiej Manager, uwzględniający śluby (i to wielokrotne), wynajmowanie mieszkań czy służbowe samochody, nie pozwolili swoim kopaczom na spędzanie wieczorów z drinkiem w ręce. To oczywiście pobieżna diagnoza - gdyby przeszukać wszystkie istniejące tytuły, z pewnością znalazłoby się kilka takich, które oferowały w przeszłości drobne utrudnienie z napojami wyskokowymi tle. Nasuwa się jednak pytanie - czy kiedykolwiek mogliśmy coś z tym fantem zrobić?

Nawet dziś moduł kar w najbliższym realizmowi FM-ie jest druzgocąco ubogi. Upomnienie? Potrącenie tygodniówki albo dwóch? I to wszystko? Trochę ubogo. A jeśli to ja byłbym Leśniodorskim, a może raczej - na potrzeby porównania - Urbanem? Jeśli chciałbym uszczuplić kieszeń Ljuboji o miesięczną pensję? A może nawet wywalić go na zbity pysk z zespołu? Ogłosić, że facet nie ma już w moim klubie przyszłości?

Tego zrobić nie mogę. Z dwóch podstawowych względów - po pierwsze, nie mam właściwie za co karać (za wyjątkiem olania treningu i czerwonej kartki), a po drugie, sankcje dyscyplinarne, które mogę zastosować, nigdy nie są bezpośrednio powiązane z przyczyną. Załóżmy, że w posiadam w ekipie ważnego zawodnika, który notorycznie upuszcza zajęcia. Ostrzegam go raz, drugi, wlepiam jedną karę finansową, potem następną. A jego i tak przynajmniej ze dwa razy w miesiącu nie widać w szatni. Co mogę zrobić? Odesłać do rezerw? Owszem, tylko jak wytłumaczę facetowi, że nie robię tego, bo takie moje widzimisię? Pan Piłkarz zgłosi się do mnie na rozmowę, popłacze, że jest traktowany niesprawiedliwe, a ja nie mam możliwości oznajmić mu: trzeba było się nie włóczyć po barach! Pozostaje mi go przepraszać albo wdeptać do końca w ziemię, jednak ani w jednym, ani w drugim przypadku nie posiadam gwarancji, że nie pogorszę tym ogólnej atmosfery.

Zawodnicy w FM-ie są za grzeczni. Albo też nie odsłania się nam wystarczająco ich ciemnej strony. Weźmy za przykład samą Legię - jej piłkarze walą alko po nocach, tracą pieniądze w kasynach, bujają się po pijaku samochodami i chodzą do burdelu na dziwki. Tym bardziej łatwo o sytuację, gdy w zespole znajduje się tylko jedna czarna owca - jeśli nie od razu Joey Barton, to może chociaż barceloński Ibrahimovic.

Włoska grupa Geniaware, oferująca nowego managera na rynku - Lords of Football, niedoskonałości piłkarzy jest świadoma. Choć ich realizacja tego aspektu na niewidzianą dotąd skalę jest raczej zwykłą chęcią zwrócenia na siebie uwagi i zaoferowania graczom czegoś nowego, to jeśli nie przesadzą w drugą stronę i nie zrobią ze szkoleniowca cienia własnych piłkarzy, ich pomysł może zwrócić uwagę konkurencji, a nawet zmusić SI oraz EA do zastanowienia się, czy zawodnicy w ich produktach rzeczywiście nie są zbyt święci. Nie mówimy w końcu o uśmiercaniu piłkarzy czy wsadzaniu ich do paki - powiadomienia o nocnych eskapadach już były, a kac to przecież może być kontuzja jak każda inna...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30