Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
sobota, 11 maja 2013
Drink dla Pana Prezesa, czyli może Lords of Football wcale nie jest takie głupie?

Od kilku dni obserwujemy w Legii Warszawa sytuację, którą z pełną celnością można określić tytułem filmu "O dwóch takich, co poszli na miasto". W obsadzie mamy więc serbski duet Ljuboja&Radovic jako bohaterów komediowych, a ja zaś nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował przenieść tego scenariusza na płaszczyznę wirtualną.

Watek alkoholowy w grach piłkarskich pojawia się zaskakująco rzadko. Jeśli chodzi o zręcznościówki, chyba tylko w New Star Soccer mogliśmy obniżyć swoją formę tankując piwo. Co zaś tyczy się managerów, Football Manager do roku 2010 oferował zaledwie jeden komunikat poświęcony nocnej aktywności piłkarza, pozostający zresztą bez przełożenia na jego faktyczną formę - a teraz nie znajdziemy już w grze nawet tego drobnego wyjątku. W FIFA Manager wstawionych zawodników brak, nie mieliśmy z nimi do czynienia również w CM-ie Eidosu. Nawet twórcy prastarej Ligi Polskiej Manager, uwzględniający śluby (i to wielokrotne), wynajmowanie mieszkań czy służbowe samochody, nie pozwolili swoim kopaczom na spędzanie wieczorów z drinkiem w ręce. To oczywiście pobieżna diagnoza - gdyby przeszukać wszystkie istniejące tytuły, z pewnością znalazłoby się kilka takich, które oferowały w przeszłości drobne utrudnienie z napojami wyskokowymi tle. Nasuwa się jednak pytanie - czy kiedykolwiek mogliśmy coś z tym fantem zrobić?

Nawet dziś moduł kar w najbliższym realizmowi FM-ie jest druzgocąco ubogi. Upomnienie? Potrącenie tygodniówki albo dwóch? I to wszystko? Trochę ubogo. A jeśli to ja byłbym Leśniodorskim, a może raczej - na potrzeby porównania - Urbanem? Jeśli chciałbym uszczuplić kieszeń Ljuboji o miesięczną pensję? A może nawet wywalić go na zbity pysk z zespołu? Ogłosić, że facet nie ma już w moim klubie przyszłości?

Tego zrobić nie mogę. Z dwóch podstawowych względów - po pierwsze, nie mam właściwie za co karać (za wyjątkiem olania treningu i czerwonej kartki), a po drugie, sankcje dyscyplinarne, które mogę zastosować, nigdy nie są bezpośrednio powiązane z przyczyną. Załóżmy, że w posiadam w ekipie ważnego zawodnika, który notorycznie upuszcza zajęcia. Ostrzegam go raz, drugi, wlepiam jedną karę finansową, potem następną. A jego i tak przynajmniej ze dwa razy w miesiącu nie widać w szatni. Co mogę zrobić? Odesłać do rezerw? Owszem, tylko jak wytłumaczę facetowi, że nie robię tego, bo takie moje widzimisię? Pan Piłkarz zgłosi się do mnie na rozmowę, popłacze, że jest traktowany niesprawiedliwe, a ja nie mam możliwości oznajmić mu: trzeba było się nie włóczyć po barach! Pozostaje mi go przepraszać albo wdeptać do końca w ziemię, jednak ani w jednym, ani w drugim przypadku nie posiadam gwarancji, że nie pogorszę tym ogólnej atmosfery.

Zawodnicy w FM-ie są za grzeczni. Albo też nie odsłania się nam wystarczająco ich ciemnej strony. Weźmy za przykład samą Legię - jej piłkarze walą alko po nocach, tracą pieniądze w kasynach, bujają się po pijaku samochodami i chodzą do burdelu na dziwki. Tym bardziej łatwo o sytuację, gdy w zespole znajduje się tylko jedna czarna owca - jeśli nie od razu Joey Barton, to może chociaż barceloński Ibrahimovic.

Włoska grupa Geniaware, oferująca nowego managera na rynku - Lords of Football, niedoskonałości piłkarzy jest świadoma. Choć ich realizacja tego aspektu na niewidzianą dotąd skalę jest raczej zwykłą chęcią zwrócenia na siebie uwagi i zaoferowania graczom czegoś nowego, to jeśli nie przesadzą w drugą stronę i nie zrobią ze szkoleniowca cienia własnych piłkarzy, ich pomysł może zwrócić uwagę konkurencji, a nawet zmusić SI oraz EA do zastanowienia się, czy zawodnicy w ich produktach rzeczywiście nie są zbyt święci. Nie mówimy w końcu o uśmiercaniu piłkarzy czy wsadzaniu ich do paki - powiadomienia o nocnych eskapadach już były, a kac to przecież może być kontuzja jak każda inna...

poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Football Manager po polsku

To klasyczna historia kibica, który zamieszkuje miejscowość zbyt słabą demograficznie, by mógł dożyć wielkiego futbolu w swojej okolicy. Większość z nas tak ma. Kibicuje drużynie z małego miasteczka albo wsi, grającej w trzeciej, czwartej, piątej czy szóstej lidze. Czasem spisującej się powyżej oczekiwań, czasem poniżej - ale w zasadzie z góry wiemy, że ta pozbawiona mieszkańców i pieniędzy dziura nie ma szans na osiągnięcie jakichkolwiek piłkarskich sukcesów. A mimo to ją przynajmniej szanujemy - bo jest nasza, stąd i życzymy jej jak najlepiej. Klasyczny lokalny patriotyzm.

Lubimy z tego powodu puszczać wodze fantazji. O trofeach, poległych na naszej łące gigantach, nieśmiertelnej sławie. Gry takie jak Football Manager wprowadzają te fantazje na wyższy poziom. Pozwalają nam przekuć swojego lokalnego kibicowskiego ducha do wirtualnej, ale już zupełnie plastycznej rzeczywistości. Hasło "Tłoki Gorzyce Mistrzem Polski" przestaje być abstrakcyjnym frazesem, ale zyskuje wymiar celu. Celu gracza, który chce doprowadzić swoją wioskę na szczyt. Jeden awans, drugi, trzeci. Ekstraklasa, Puchar Polski. Mistrzostwo, puchary, Liga Mistrzów. Ta opowieść nie jest już tylko punktem - staje się osią czasu pełną emocjonujących wydarzeń, zwrotów akcji, bohaterów z imionami i nazwiskami. Drużyna z nieznanego miasteczka, bijąca się o punkty w fazie grupowej LM na swoim dwutysięcznym obiekcie? To już nie mrzonki - Football Manager widział takie historie nie raz.

Rzeczywistość też bywa zdumiewająca i poetycka, ale ma swoje ograniczenia. Tak jak Grodzisk Wielopolski przeżywał chwile chwały, tak jak Wronki były naszą jedyną piłkarską areną w Europie, tak teraz Nieciecza brnie ku Ekstraklasie dla swojego właściciela oraz siedmiuset swojskich mieszkańców. Lecz żadna z tych ekip świata nie podbiła i z pewnością nie podbije. Wszystko, co mogą osiągnąć, to fajna przygoda z masą wspomnień. I to tylko dzięki dobremu wujkowi, który sypnie groszem na stadion i piłkarzy - a im większa (czyli mniejsza) dziura, tym trudniej znaleźć takiego człowieka. Grodzisk i Wronki, nieco ponad dziesięciotysięczniki, dały radę. W Niemczech nawet trzytysięczne Hoffenheim budzi grozę. Ale Nieciecza? 700 mieszkańców? To przecież wyższy poziom abstrakcji.

Gdy doprowadzałem do zwycięstwa w Lidze Europy swoich lokalnych inwalidów, Wartę Sieradz, już wtedy czułem się nieswojo. Zwyczajnie wiedziałem, że to miasto, mimo ludności w granicach 45 tysięcy, nie ma warunków ani perspektyw na awans nawet o jedną klasę rozgrywkową. Liga Mistrzów? Remis z Milanem? Tutaj? Na TYM klepisku?

Mówi się, że po awansie do Ekstraklasy Nieciecza może ledwo, ale może, spełnić warunki licencyjne. Od razu wyobraziłem sobie poniedziałkową transmisję naszej ligi w Eurosporcie i sytuację, gdy pierwszego dnia tygodnia u siebie rywala podejmuje LKS. Zabawny absurd, obecny do tej pory głównie w grach, stanie się przerysowaną rzeczywistością. Chłopaki marzący kilka lat temu o obecności swojej wsi w Ekstraklasie, teraz będą gościć najlepszych w kraju. Przyjedzie Lech, przyjedzie Legia. Będzie fajnie. Ale w przeciwieństwie do gry komputerowej, gdzie czas staje w momencie jej przerwania, tutaj to wszystko kiedyś się skończy. Nieciecza nie przekształci się w metropolię, a klub nie postawi dwudziestotysięcznika, który wypełnią wzięci nie wiadomo skąd kibice. W końcu właściciel uzna, że interes rozwinął się na tyle, że warto przenieść go w miejsce, gdzie ludzie będą się do niego dorzucać - albo też, w przypadku gorszych obrotów, po prostu spakuje co mu zostało. I klub albo zostanie przemalowany i wysłany do sensownego miasta, albo pozbawiony środków do życia i cofnięty na start tej opowieści.

W grze te wydarzenia urywają się w szczytowym momencie klubowych osiągnięć. Porzucając save'a wyznaczamy tylko punkt, w którym rzeczywistość zaczęłaby bezlitośnie zmierzać ku dołowi. Mimo to podziwiajmy Niecieczę, bowiem FM kolejny raz dzieje się na naszych oczach. Oby tylko w jak największym przybliżeniu.

piątek, 12 kwietnia 2013
Tryb Boga w Football Managerze

Na CM Revolution pojawił się nowy felieton mojego autorstwa. Polecam go przede wszystkim fanom serii Football Manager, którzy chyba jako jedyni będą w stanie właściwie zinterpretować zawarte w nim metafory. Jak to jest być szkoleniowcem, który wie wszystko i potrafi wszystko? Ten tekst w pewien sposób odpowiada na to pytanie. Zapraszam! 

>> Gracz Wszechmogący

środa, 13 marca 2013
Z dystansu do celu

Po pierwszym meczu Barcelony z Milanem miałem przeczucie, że ten dwumecz jest już rozstrzygnięty. Że owszem, Blaugrana będzie się starała, może nawet zbliży się do odrobienia strat, ale - tak jak z Chelsea albo Interem - ostatecznie nie da rady. W tym przekonaniu jeszcze bardziej utwierdziłem się widząc, jak Katalończycy raz za razem przegrywają kolejne Gran Derbi. Nie wieściłem co prawda upadku wielkiej tiki-taki, ani końca ery Messiego. Po prostu wydawało mi się, że w tej konfrontacji Barca okaże się drużyną słabszą. Że Milan ciężko wywalczonej przewagi nie da sobie wyrwać przez ekipę tak daleką od optymalnej formy.

Ten spokój udzielił mi się na tyle mocno, że aż odpuściłem sobie śledzenie rewanżu. Zamiast tego obejrzałem mecz Schalke-Galatasaray. Remis w pierwszym meczu, w zasadzie brak faworyta z tylko lekkim wskazaniem na Niemców. Świetny spektakl. Szybko zdobyta bramka przez Schalke sprawiła, że spotkanie przyspieszyło, goście ruszyli do przodu wszystkim, co mieli, a otwarta gra zaowocowała wieloma trafieniami. Były więc dwie pogonie za wynikiem (po jednej dla każdej ze stron), dramatyczna walka Schalke o awans do samego końca i chyba mimo wszystko dosyć nieoczekiwane rozstrzygnięcie - zwycięstwo Galatasaray, a dzięki kapitalnej bramce Altintopa nie żałuję ani trochę, że wybrałem relację z Ventils-Areny. Mam zresztą wrażenie, że o tym spotkaniu napisało się w sieci trochę za mało - a przecież tam się po prostu działo!

Ale nie dziwi mnie to w obliczu wyniku, który padł na Camp Nou. Jak wspominałem, stawiałem na Milan. A tu klops. 4:0.

Przed meczem powiedziałem komuś, że Barcelona wywalczy awans tylko w sytuacji, gdy zdobędzie gola w pierwszych minutach meczu. I Messi strzelił. A potem drugiego. Za każdym razem z dystansu. Oczywiście zabawnie brzmi mówienie o golu z 15 metrów "strzał z dystansu", ale mimo wszystko weźmy poprawkę na Barcelonę - drużynę, która z piłką najchętniej wjechałaby do bramki, gdzie zawodnik, będący w dogodnej pozycji, by huknąć z daleka, wybiera trudne podanie po ziemi do partnera w polu karnym.

To było cholernie znamienne. Widzieliście skróty z pierwszej połowy tego meczu? Pokazywane akcje Barcelony to... same strzały z dystansu!

Żeby nie było, że wymądrzam się po zobaczeniu kilku skrótów - obejrzałem powtórkę i widziałem, że Katalończycy grali swoją piłkę. Że wymieniali podania jak zawsze, że bawili się futbolówką i mozolnie konstruowali akcje ofensywne. Na San Siro to się jednak nie sprawdzało - Barca, zazwyczaj grająca między rywalami na dwudziestym-trzydziestym metrze, we Włoszech znajdowała się na czterdziestym. Zbyt daleko, by dojść jednym podaniem do sytuacji strzeleckiej - dlatego sfrustrowany Iniesta dwukrotnie zdecydował się na strzał z daleka. Wtedy nie wypaliło, ale przecież nie było innej recepty. Jordi Roura to zrozumiał i kazał szukać więcej tego typu szans. A gdy ma się w swoich szeregach geniusza pokroju Leo Messiego, wtedy takie poszukiwania mogą potrwać nawet krótkie pięć minut.

Po odrobieniu strat z pierwszego meczu wystarczyło już tylko grać w swoją grę, a zamroczony przeciwnik musiał w końcu pęknąć. Element, którego Barcy często brakowało - solidne kropnięcie w stronę bramki - zadziałał perfekcyjnie. Milan nie miał więc jak się obronić - Blaugrana utrzymywała piłkę, podawała i strzelała z każdej dogodnej pozycji, a gdy traciła futbolówkę, włączała pressing na podwyższonych obrotach, przez co przy stanie 2:0 defensorzy Rossonerrich skupieni byli wyłącznie na tym, by dotrwać do gwizdka kończącego pierwszą połowę. Można było jeszcze mieć nadzieję, że trener Allegri jakoś wstrząśnie swoją drużyną i na drugie 45 minut wypuści ją z szatni pełną woli walki. Barcelona dominowała jednak jak za najlepszych lat i jeśli Milan miał jakąkolwiek nadzieję na korzystny rezultat, to David Villa skutecznie zgasił ten płomyk po 600 sekundach. Gen zwycięzców Dumy Katalonii znowu jest aktywny.

wtorek, 05 marca 2013
Gdzie się podziało to bicie rekordów?

Konkurs drużynowy w Val Di Fiemme i brązowy medal naszych skoczków narciarskich skłoniły mnie do prostego przemyślenia. Wiadomo o czym - punktach za skok przy obniżonej belce. Niecodziennie bowiem polska drużyna osiąga historyczny wynik. Niecodziennie też dokonuje tego w tak niejasnych okolicznościach. Bardal pojechał z wyższej belki niż mu policzono, więc dostał więcej punktów. Okazało się, że w łącznym rozrachunku Norwegowie wypadli gorzej i to nam przypadł medal. Ktoś powie - zasłużenie, przecież sportowo byliśmy lepsi! Tylko czy tak samo byłoby, gdyby wszystko zostało właściwie skalkulowane w odpowiednim momencie? Pomyślcie tylko - Polacy mieli przed ostatnią rundą skoków do odrobienia siedem punktów. Musieli ryzykować, więc Stoch pojechał z najniższej w konkursie belki. Ryzyko się opłaciło, Kamil dał radę - ale jeśli to rywalom przyszłoby gonić? Może Jacobsen pojechałby z równie niskiego najazdu? Tego już się nie dowiemy.

Nie chcę godzinami rozprawiać nad tym, czy system punktów za wiatr i obniżoną belkę jest słuszny - na pewno uważam, że zapobiega kuriozalnym sytuacjom z restartowaniem serii w połowie i ogólnie sprzyja kibicom, którzy za skoczkami podróżują tysiące kilometrów. Nawet jeśli nie jest doskonały i czasem sami zawodnicy nie wiedzą, czemu wygrali/przegrali (vide Kofler i Stoch w Engelbergu), to lepsze takie rozwiązanie niż konieczność skakania z jednakowej belki w zmiennych warunkach.

Nie ten aspekt przelicznika mnie dziś jednak zastanawia. W konkursie drużynowym Kamil skoczył w pierwszej serii 134 metry. Tylko dwa mniej od rekordu skoczni Adama Małysza sprzed dziesięciu lat. Ale z góry było wiadomo, że tego dnia rekord już nie padnie. Bo dziś najlepsi prawie zawsze kończą konkurs z obniżonej belki. Trenerzy skoczków walczących o zwycięstwo zaczynają wzajemne szachy - cała czołówka skraca najazd, więc lider jest zmuszony zrobić to samo. Kibice stoją na dole i nie zawsze orientują się, czemu ich faworyci nagle skaczą w drugiej serii po cztery metry krócej, a bez problemu zachowują pozycje. Tak jak w sobotę Stoch - w drugiej serii pojechał z najniższej belki w konkursie, doleciał do 130 metra i był to rewelacyjny skok - ale niektórzy internauci napisali "do medalu raczej nie wystarczy". Oczekiwali odległości równej tej z pierwszej serii, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Kamil osiągnął przed chwilą znacznie lepszy wynik niż poprzednio (wygrał zresztą obie serie).

Na przeskoczenie 136 metrów Małysza nie było szans. Pobicie rekordu zwyczajnie się Stochowi nie opłacało - dziś ważniejsze od odległości są wrażenia artystyczne. Gdyby Polakowi nie odjechała delikatnie narta przy lądowaniu, brąz mielibyśmy pewnie od razu, a ostatecznie nawet srebro. To była właściwa strategia. Rozsądniej było obniżyć belkę, skoczyć cztery metry bliżej, ale w dobrym stylu, aniżeli zafundować fanom historyczny skok. To nie przypadek, że od czasu wprowadzenia przeliczników rekordy padają właściwie tylko na nowych lub zmodernizowanych skoczniach - jak w Wiśle czy na mamucie w Vikersund. Jeśli już udaje się takowy pobić, często dzieje się to jeszcze w momencie, gdy skoczkowie nie rywalizują i nie skracają najazdu - czyli w kwalifikacjach, a wtedy wydarzenie takie pozostaje gdzieś na uboczu, staje się mniej głośne i spektakularne. Przeliczniki może nie zabiły, ale poddusiły lekko element, który dawniej widzom dawał tak wiele radości.

Jedyne, czego mi przy skoku Stocha zabrakło, to właśnie tego głośnego "pofruuunąąął!", które napełniało dumą nasze serca w 2003 roku.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38