Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
poniedziałek, 29 kwietnia 2013
Football Manager po polsku

To klasyczna historia kibica, który zamieszkuje miejscowość zbyt słabą demograficznie, by mógł dożyć wielkiego futbolu w swojej okolicy. Większość z nas tak ma. Kibicuje drużynie z małego miasteczka albo wsi, grającej w trzeciej, czwartej, piątej czy szóstej lidze. Czasem spisującej się powyżej oczekiwań, czasem poniżej - ale w zasadzie z góry wiemy, że ta pozbawiona mieszkańców i pieniędzy dziura nie ma szans na osiągnięcie jakichkolwiek piłkarskich sukcesów. A mimo to ją przynajmniej szanujemy - bo jest nasza, stąd i życzymy jej jak najlepiej. Klasyczny lokalny patriotyzm.

Lubimy z tego powodu puszczać wodze fantazji. O trofeach, poległych na naszej łące gigantach, nieśmiertelnej sławie. Gry takie jak Football Manager wprowadzają te fantazje na wyższy poziom. Pozwalają nam przekuć swojego lokalnego kibicowskiego ducha do wirtualnej, ale już zupełnie plastycznej rzeczywistości. Hasło "Tłoki Gorzyce Mistrzem Polski" przestaje być abstrakcyjnym frazesem, ale zyskuje wymiar celu. Celu gracza, który chce doprowadzić swoją wioskę na szczyt. Jeden awans, drugi, trzeci. Ekstraklasa, Puchar Polski. Mistrzostwo, puchary, Liga Mistrzów. Ta opowieść nie jest już tylko punktem - staje się osią czasu pełną emocjonujących wydarzeń, zwrotów akcji, bohaterów z imionami i nazwiskami. Drużyna z nieznanego miasteczka, bijąca się o punkty w fazie grupowej LM na swoim dwutysięcznym obiekcie? To już nie mrzonki - Football Manager widział takie historie nie raz.

Rzeczywistość też bywa zdumiewająca i poetycka, ale ma swoje ograniczenia. Tak jak Grodzisk Wielopolski przeżywał chwile chwały, tak jak Wronki były naszą jedyną piłkarską areną w Europie, tak teraz Nieciecza brnie ku Ekstraklasie dla swojego właściciela oraz siedmiuset swojskich mieszkańców. Lecz żadna z tych ekip świata nie podbiła i z pewnością nie podbije. Wszystko, co mogą osiągnąć, to fajna przygoda z masą wspomnień. I to tylko dzięki dobremu wujkowi, który sypnie groszem na stadion i piłkarzy - a im większa (czyli mniejsza) dziura, tym trudniej znaleźć takiego człowieka. Grodzisk i Wronki, nieco ponad dziesięciotysięczniki, dały radę. W Niemczech nawet trzytysięczne Hoffenheim budzi grozę. Ale Nieciecza? 700 mieszkańców? To przecież wyższy poziom abstrakcji.

Gdy doprowadzałem do zwycięstwa w Lidze Europy swoich lokalnych inwalidów, Wartę Sieradz, już wtedy czułem się nieswojo. Zwyczajnie wiedziałem, że to miasto, mimo ludności w granicach 45 tysięcy, nie ma warunków ani perspektyw na awans nawet o jedną klasę rozgrywkową. Liga Mistrzów? Remis z Milanem? Tutaj? Na TYM klepisku?

Mówi się, że po awansie do Ekstraklasy Nieciecza może ledwo, ale może, spełnić warunki licencyjne. Od razu wyobraziłem sobie poniedziałkową transmisję naszej ligi w Eurosporcie i sytuację, gdy pierwszego dnia tygodnia u siebie rywala podejmuje LKS. Zabawny absurd, obecny do tej pory głównie w grach, stanie się przerysowaną rzeczywistością. Chłopaki marzący kilka lat temu o obecności swojej wsi w Ekstraklasie, teraz będą gościć najlepszych w kraju. Przyjedzie Lech, przyjedzie Legia. Będzie fajnie. Ale w przeciwieństwie do gry komputerowej, gdzie czas staje w momencie jej przerwania, tutaj to wszystko kiedyś się skończy. Nieciecza nie przekształci się w metropolię, a klub nie postawi dwudziestotysięcznika, który wypełnią wzięci nie wiadomo skąd kibice. W końcu właściciel uzna, że interes rozwinął się na tyle, że warto przenieść go w miejsce, gdzie ludzie będą się do niego dorzucać - albo też, w przypadku gorszych obrotów, po prostu spakuje co mu zostało. I klub albo zostanie przemalowany i wysłany do sensownego miasta, albo pozbawiony środków do życia i cofnięty na start tej opowieści.

W grze te wydarzenia urywają się w szczytowym momencie klubowych osiągnięć. Porzucając save'a wyznaczamy tylko punkt, w którym rzeczywistość zaczęłaby bezlitośnie zmierzać ku dołowi. Mimo to podziwiajmy Niecieczę, bowiem FM kolejny raz dzieje się na naszych oczach. Oby tylko w jak największym przybliżeniu.

piątek, 12 kwietnia 2013
Tryb Boga w Football Managerze

Na CM Revolution pojawił się nowy felieton mojego autorstwa. Polecam go przede wszystkim fanom serii Football Manager, którzy chyba jako jedyni będą w stanie właściwie zinterpretować zawarte w nim metafory. Jak to jest być szkoleniowcem, który wie wszystko i potrafi wszystko? Ten tekst w pewien sposób odpowiada na to pytanie. Zapraszam! 

>> Gracz Wszechmogący

środa, 13 marca 2013
Z dystansu do celu

Po pierwszym meczu Barcelony z Milanem miałem przeczucie, że ten dwumecz jest już rozstrzygnięty. Że owszem, Blaugrana będzie się starała, może nawet zbliży się do odrobienia strat, ale - tak jak z Chelsea albo Interem - ostatecznie nie da rady. W tym przekonaniu jeszcze bardziej utwierdziłem się widząc, jak Katalończycy raz za razem przegrywają kolejne Gran Derbi. Nie wieściłem co prawda upadku wielkiej tiki-taki, ani końca ery Messiego. Po prostu wydawało mi się, że w tej konfrontacji Barca okaże się drużyną słabszą. Że Milan ciężko wywalczonej przewagi nie da sobie wyrwać przez ekipę tak daleką od optymalnej formy.

Ten spokój udzielił mi się na tyle mocno, że aż odpuściłem sobie śledzenie rewanżu. Zamiast tego obejrzałem mecz Schalke-Galatasaray. Remis w pierwszym meczu, w zasadzie brak faworyta z tylko lekkim wskazaniem na Niemców. Świetny spektakl. Szybko zdobyta bramka przez Schalke sprawiła, że spotkanie przyspieszyło, goście ruszyli do przodu wszystkim, co mieli, a otwarta gra zaowocowała wieloma trafieniami. Były więc dwie pogonie za wynikiem (po jednej dla każdej ze stron), dramatyczna walka Schalke o awans do samego końca i chyba mimo wszystko dosyć nieoczekiwane rozstrzygnięcie - zwycięstwo Galatasaray, a dzięki kapitalnej bramce Altintopa nie żałuję ani trochę, że wybrałem relację z Ventils-Areny. Mam zresztą wrażenie, że o tym spotkaniu napisało się w sieci trochę za mało - a przecież tam się po prostu działo!

Ale nie dziwi mnie to w obliczu wyniku, który padł na Camp Nou. Jak wspominałem, stawiałem na Milan. A tu klops. 4:0.

Przed meczem powiedziałem komuś, że Barcelona wywalczy awans tylko w sytuacji, gdy zdobędzie gola w pierwszych minutach meczu. I Messi strzelił. A potem drugiego. Za każdym razem z dystansu. Oczywiście zabawnie brzmi mówienie o golu z 15 metrów "strzał z dystansu", ale mimo wszystko weźmy poprawkę na Barcelonę - drużynę, która z piłką najchętniej wjechałaby do bramki, gdzie zawodnik, będący w dogodnej pozycji, by huknąć z daleka, wybiera trudne podanie po ziemi do partnera w polu karnym.

To było cholernie znamienne. Widzieliście skróty z pierwszej połowy tego meczu? Pokazywane akcje Barcelony to... same strzały z dystansu!

Żeby nie było, że wymądrzam się po zobaczeniu kilku skrótów - obejrzałem powtórkę i widziałem, że Katalończycy grali swoją piłkę. Że wymieniali podania jak zawsze, że bawili się futbolówką i mozolnie konstruowali akcje ofensywne. Na San Siro to się jednak nie sprawdzało - Barca, zazwyczaj grająca między rywalami na dwudziestym-trzydziestym metrze, we Włoszech znajdowała się na czterdziestym. Zbyt daleko, by dojść jednym podaniem do sytuacji strzeleckiej - dlatego sfrustrowany Iniesta dwukrotnie zdecydował się na strzał z daleka. Wtedy nie wypaliło, ale przecież nie było innej recepty. Jordi Roura to zrozumiał i kazał szukać więcej tego typu szans. A gdy ma się w swoich szeregach geniusza pokroju Leo Messiego, wtedy takie poszukiwania mogą potrwać nawet krótkie pięć minut.

Po odrobieniu strat z pierwszego meczu wystarczyło już tylko grać w swoją grę, a zamroczony przeciwnik musiał w końcu pęknąć. Element, którego Barcy często brakowało - solidne kropnięcie w stronę bramki - zadziałał perfekcyjnie. Milan nie miał więc jak się obronić - Blaugrana utrzymywała piłkę, podawała i strzelała z każdej dogodnej pozycji, a gdy traciła futbolówkę, włączała pressing na podwyższonych obrotach, przez co przy stanie 2:0 defensorzy Rossonerrich skupieni byli wyłącznie na tym, by dotrwać do gwizdka kończącego pierwszą połowę. Można było jeszcze mieć nadzieję, że trener Allegri jakoś wstrząśnie swoją drużyną i na drugie 45 minut wypuści ją z szatni pełną woli walki. Barcelona dominowała jednak jak za najlepszych lat i jeśli Milan miał jakąkolwiek nadzieję na korzystny rezultat, to David Villa skutecznie zgasił ten płomyk po 600 sekundach. Gen zwycięzców Dumy Katalonii znowu jest aktywny.

wtorek, 05 marca 2013
Gdzie się podziało to bicie rekordów?

Konkurs drużynowy w Val Di Fiemme i brązowy medal naszych skoczków narciarskich skłoniły mnie do prostego przemyślenia. Wiadomo o czym - punktach za skok przy obniżonej belce. Niecodziennie bowiem polska drużyna osiąga historyczny wynik. Niecodziennie też dokonuje tego w tak niejasnych okolicznościach. Bardal pojechał z wyższej belki niż mu policzono, więc dostał więcej punktów. Okazało się, że w łącznym rozrachunku Norwegowie wypadli gorzej i to nam przypadł medal. Ktoś powie - zasłużenie, przecież sportowo byliśmy lepsi! Tylko czy tak samo byłoby, gdyby wszystko zostało właściwie skalkulowane w odpowiednim momencie? Pomyślcie tylko - Polacy mieli przed ostatnią rundą skoków do odrobienia siedem punktów. Musieli ryzykować, więc Stoch pojechał z najniższej w konkursie belki. Ryzyko się opłaciło, Kamil dał radę - ale jeśli to rywalom przyszłoby gonić? Może Jacobsen pojechałby z równie niskiego najazdu? Tego już się nie dowiemy.

Nie chcę godzinami rozprawiać nad tym, czy system punktów za wiatr i obniżoną belkę jest słuszny - na pewno uważam, że zapobiega kuriozalnym sytuacjom z restartowaniem serii w połowie i ogólnie sprzyja kibicom, którzy za skoczkami podróżują tysiące kilometrów. Nawet jeśli nie jest doskonały i czasem sami zawodnicy nie wiedzą, czemu wygrali/przegrali (vide Kofler i Stoch w Engelbergu), to lepsze takie rozwiązanie niż konieczność skakania z jednakowej belki w zmiennych warunkach.

Nie ten aspekt przelicznika mnie dziś jednak zastanawia. W konkursie drużynowym Kamil skoczył w pierwszej serii 134 metry. Tylko dwa mniej od rekordu skoczni Adama Małysza sprzed dziesięciu lat. Ale z góry było wiadomo, że tego dnia rekord już nie padnie. Bo dziś najlepsi prawie zawsze kończą konkurs z obniżonej belki. Trenerzy skoczków walczących o zwycięstwo zaczynają wzajemne szachy - cała czołówka skraca najazd, więc lider jest zmuszony zrobić to samo. Kibice stoją na dole i nie zawsze orientują się, czemu ich faworyci nagle skaczą w drugiej serii po cztery metry krócej, a bez problemu zachowują pozycje. Tak jak w sobotę Stoch - w drugiej serii pojechał z najniższej belki w konkursie, doleciał do 130 metra i był to rewelacyjny skok - ale niektórzy internauci napisali "do medalu raczej nie wystarczy". Oczekiwali odległości równej tej z pierwszej serii, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Kamil osiągnął przed chwilą znacznie lepszy wynik niż poprzednio (wygrał zresztą obie serie).

Na przeskoczenie 136 metrów Małysza nie było szans. Pobicie rekordu zwyczajnie się Stochowi nie opłacało - dziś ważniejsze od odległości są wrażenia artystyczne. Gdyby Polakowi nie odjechała delikatnie narta przy lądowaniu, brąz mielibyśmy pewnie od razu, a ostatecznie nawet srebro. To była właściwa strategia. Rozsądniej było obniżyć belkę, skoczyć cztery metry bliżej, ale w dobrym stylu, aniżeli zafundować fanom historyczny skok. To nie przypadek, że od czasu wprowadzenia przeliczników rekordy padają właściwie tylko na nowych lub zmodernizowanych skoczniach - jak w Wiśle czy na mamucie w Vikersund. Jeśli już udaje się takowy pobić, często dzieje się to jeszcze w momencie, gdy skoczkowie nie rywalizują i nie skracają najazdu - czyli w kwalifikacjach, a wtedy wydarzenie takie pozostaje gdzieś na uboczu, staje się mniej głośne i spektakularne. Przeliczniki może nie zabiły, ale poddusiły lekko element, który dawniej widzom dawał tak wiele radości.

Jedyne, czego mi przy skoku Stocha zabrakło, to właśnie tego głośnego "pofruuunąąął!", które napełniało dumą nasze serca w 2003 roku.

poniedziałek, 18 lutego 2013
Sentyment do pieniądza

Od kilku dni spekulowano na temat tajemniczego transferu Legii Warszawa, mającego być dużym zaskoczeniem dla całego środowiska piłkarskiego w Polsce. Dziś wiemy już, że człowiekiem-zagadką okazał się ostatecznie Tomasz Jodłowiec - zanim jednak wiadomość na temat przenosin 27-krotnego reprezentanta Polski do stolicy wyciekła, w międzyczasie powstały dziesiątki różnych koncepcji na temat tego, kto będzie wzmocnieniem lidera Ekstraklasy. Padały rozmaite nazwiska: Broź, Celeban, Kokoszka, Stępiński, Linetty... Czytanie tych wszystkich teorii doprowadziło mnie do smutnego wniosku, bowiem zwróciłem uwagę, jak bardzo zmieniło się nasze postrzeganie rynku transferowego na przestrzeni kilku ostatnich lat.

Pamiętacie, jak z Widzewa do Legii przechodził Bartłomiej Grzelak? Albo gdy z Lecha przenosił się tam Paweł Kaczorowski? Jakie to były afery! Ile tam się wylewało złości, ile żalu, ile bluzg wypowiedziano i jaka niechęć biła z trybun. Dziennikarze od razu alarmowali - to ryzykowany krok! Wiadomo było, że jak odchodzisz z klubu do największego rywala, to możesz na dzień dobry być spalony w obu miejscach. A dziś? Na podobny krok zdecydował się Bartosz Bereszyński. I choć o ile wśród kibiców-fanatyków Kolejorza jego decyzja musiała wywołać wściekłość, o tyle już w ogólnym środowisku piłkarskim została ona przyjęta z pełnym zrozumieniem. Uznaliśmy po prostu, że to sensowny, dobry ruch.

I z kibicami dzieje się podobnie. Oczywiście tymi, którzy zyskują - od pewnego czasu przestają oni postrzegać piłkarzy z obozu wroga jako niegodnych zakładania koszulki ich ukochanego klubu. Zamiast tego zdają sobie sprawę, że dobry ligowiec jest dziś na wagę złota, niezależnie od tego, kogo wcześniej reprezentował. W Warszawie jakoś nie wydzierają się intensywnie na Bereszyńskiego, że jest z Poznania. Raczej cieszą się z nowego zawodnika i osłabienia rywala, chwalą aktywność prezesa Leśnodorskiego. Sam Bartek też nie ma czego żałować, skoro trafił do - na chwilę obecną - silniejszego klubu i otrzymał sporą podwyżkę.

Inny przykład. Mariusz Stępiński, pytany ostatnio dość często o ewentualny transfer do Legii, wcale nie zaprzecza. Teoretycznie, jako Widzewiak - w zasadzie wręcz wychowanek - powinien takiego tematu zręcznie uniknąć. Ot, po prostu, żeby nie rozzłościć kibiców żadną nieprzemyślaną deklaracją, ani nie dać materiału do plotek rozmaitym mediom. Tak się jednak nie dzieje - bo Stępiński w transferze na linii Widzew-Legia nie widziałby niczego złego. Patrzy na taki scenariusz jedynie pod kątem rozwoju sportowego i finansowego. 

Podobnie jest z Łukaszem Broziem - o zgrozo - kapitanem łódzkiego klubu. Choć cały czas twierdzi, że chciałby spróbować sił za granicą, to nikt nie ma wątpliwości, że takiej Legii też by nie odmówił. Wiadomo, o co tutaj chodzi - o kasę. Dziś lojalność piłkarza wygrywa ten, kto płaci. Jeśli zalegasz z wypłatami za pół roku albo oferujesz piłkarzom psie pieniądze, to pękną nawet najwierniejsi. Nie każdy ma cierpliwość Jacka Trzeciaka.

Polska piłka przeżywa finansowy kryzys i odbija się to także na przywiązaniu piłkarzy do swoich drużyn. Strategią transferową Zagłębia Lubin jest gwarantowanie piłkarzom regularnych wypłat - usługi luksusowej niestety nawet w Ekstraklasie. Wystarczy spojrzeć, jak długo Miedziowi są w stanie trzymać u siebie Szymona Pawłowskiego - wystarczył dobry kontrakt i wypłacalność. Legia, choć nie mówi tego głośno, też jako jedna z nielicznych drużyn robi przelewy w terminie. I to wystarcza. Dwaliszwili warszawskie niesnaski miał od początku gdzieś - on z chęcia zagrałby gdziekolwiek, byle wypłacono mu zaległe pieniądze i zaproponowano dobrą pensję. To samo tyczyło się Tomasza Brzyskiego - a skoro obu zechciał klub jeszcze mocniejszy niż ich dotychczasowy, nawet się nie wahali. A że to Poloniści? Tak hurtem, do Legii? Nikt się dziś tym przejmuje - ani kibice, ani tym bardziej piłkarze. Taki Jodłowiec już pewnie zdążył zapomnieć, że jeszcze niedawno był zawodnikiem Polonii. Teraz przenosi się do jej lokalnego rywala, nawet nie myśląc, że ktoś mógłby mu to w ogóle wypomnieć.

Wierność klubowa jest dziś postawą na wymarciu. W dobie pustych portfeli prezesów, piłkarzom pozostał już tylko sentyment do pieniądza.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30