Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
poniedziałek, 11 lutego 2013
Fantasy Liga is back!

Dziś w południe po raz kolejny wystartowała Fantasy Liga WP.PL, doczekawszy się tym samym piątej odsłony w historii. Kto by pomyślał, jak szybko upłynie dwa i pół roku od czasu, gdy ku upadkowi chyliła się stara Wygraj Ligę - to właśnie wtedy, w momencie, gdy groził nam brak alternatywy dla konkursu Agory S.A., objawiło się FL i "przechwyciło" zdecydowaną część polskich fanów gier typu Fantasy Leagues.

Teraz Wirtualna Polska po raz kolejny zaprasza do zabawy, lecz już na pierwszy rzut oka widać, że czyni to z mniejszym przekonaniem i znacznie słabszą siłą rażenia. W edycji wiosna 2013 pula nagród wyniesie bowiem tylko 5 000 złotych. Oznacza to, że zwycięzcy za pokonanie wszystkich przeciwników w morderczym wyścigu przybędzie w portfelu półtora tysiąca. Mało? Dla niektórych nie starczy na waciki, ale na pewno są tacy, którzy podobny upominek przyjęliby z pocałowaniem ręki. Poza tym, choć nagroda główna znacząco zmalała w porównaniu z poprzednią rundą, to dzięki sprawdzonej formule Fantasy Liga nadal może wzbudzać sporo emocji - zwłaszcza u tych prezesów, dla których upolowanie nagrody nie jest jedynym celem.

A co nowego w grze? Niestety, na tej płaszczyźnie również widać kryzys - jedyną nowinką w porównaniu z poprzednim rokiem jest możliwość wgrania swojej drużynie logo, co uznać możemy raczej za zabieg kosmetyczny niż mający mieć realny wpływ na liczbę graczy. Mimo delikatnego regresu ze strony Fantasy Ligi, wszystkich czytelników tradycyjnie zapraszam do najbardziej utytułowanej ligi prywatnej w historii gier menedżerskich - Piłkarzyki 07. Kod dostępu: 250802305

Powodzenia i niech wygra najlepszy!

>> Fantasy Liga WP.PL

>> Fantasy Liga na Facebooku

23:50, karol.clapa , Gry
Link Komentarze (3) »
niedziela, 10 lutego 2013
Bohemian Rhapsody w wersji piłkarskiej

Kolejny dowód na to, że w Internecie można znaleźć wszystko.

Od jutra blog wraca do formy. Miłego słuchania i... do przeczytania!

23:58, karol.clapa , Futbol
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lutego 2013
Nieważne dokąd, Lewandowski odejdzie

Jest 5 lutego 2013 roku. Dziennikarz, który poinformował trzy tygodnie temu o przenosinach Pepa Guardioli do Monachium, teraz ogłosił, że z Bayernem dogadany jest również Robert Lewandowski. Choć takich sensacji mieliśmy już na pęczki, tym razem źródło wydaje się nadzwyczaj wiarygodne. Ponieważ jednak oficjalnych komunikatów cały czas brak, my, zwykli kibice, trzymani jesteśmy w niepewności. Zastanawiamy się więc i spekulujemy - Robert w stolicy Bawarii? Czy to na pewno dobry krok? Bayern to teoretycznie lepsza marka, ale konkurencja jest tam większa. Poza tym, za takie przenosiny w Dortmundzie nasz rodak zostanie znienawidzony. Czy nie lepiej zostać w BVB ze statusem gwiazdy, zamiast upierać się przy transferze?

Być może. Ale takie argumenty na nic się nie zdadzą - czy do Bayernu, czy nie, Lewandowski odejdzie. W Dortmundzie nie zostanie, bo nie zgodzi się na proponowane mu przedłużenie kontraktu. Działacze Borussi, mając w pamięci czasy, gdy klub znajdował się na skraju bankructwa, nie spełnią oczekiwań finansowych Roberta, bo nie dopuszczają nawet możliwości utworzenia jakiegokolwiek najmniejszego komina płacowego - nawet jeśli byłby to jedyny sposób na zatrzymanie Polaka. Na podniesienie zarobków mogliby sobie co prawda pozwolić, bo Mats Hummels czy Mario Gotze podpisali nowe umowy i zarabiają lepiej od Roberta. Ale to przecież sami swoi - jest oczywiste, że Niemiec Niemcowi zawsze da więcej.

Niezależnie więc, czy okaże się to Bayern, Manchester United albo City, Chelsea czy Juventus - Lewandowski zmieni klub. A że transfer z Dortmundu do Monachium wywoła kontrowersje? Nie przejmowałbym się tym tak bardzo. Wbrew pozorom, Bayern może na tym etapie kariery okazać się dla Polaka najlepszym wyborem. Robert zna w końcu Bundesligę, więc jeśli tylko wywalczy miejsce w podstawowym składzie, nie powinien mieć problemów z dalszym zdobywaniem bramek. Jego opiekunem byłby sam Josep Guardiola, pod którego skrzydłami mógłby zapewne wiele się nauczyć. Poza tym Bawarczycy notorycznie walczą o najwyższe laury w Lidze Mistrzów - jeśli mają zdobyć najcenniejsze klubowe trofeum, to kiedy, jeśli nie teraz, pod rządami Pepa? Byłoby niezwykle miło patrzeć nam, gdyby w perfekcyjnie przygotowanym planie Guardioli jedną z głównych ról odgrywał reprezentant Polski.

A inne opcje? United na tę chwilę Lewego nie potrzebują. City to niestabilnie zarządzany klub i pozycja piłkarzy w drużynie zmienia się tam jak w kalejdoskopie. Chelsea? Nie wiadomo, czy Polak nie zostałby potraktowany przez Romana Abramowicza jako kolejna zabawka i czy za choćby moment słabszej dyspozycji nie spadłaby na niego fala krytyki. Juventus? Liga włoska to chyba na chwilę obecną byłby krok w tył.

Dlatego nie narzekajmy, jeśli Monachium okaże się kolejnym przystankiem w karierze Polaka. Lewandowski w zespole Guardioli? Zacznijmy się z tą myślą powoli oswajać.

poniedziałek, 04 lutego 2013
Boenisch - pierwszy lis, który da więcej niż zabierze?

Sebastian Boenisch - nieustannie na ustach polskich dziennikarzy od 2010 roku. Najpierw jako kontrowersyjny debiutant w reprezentacji Polski, następnie uczestnik Euro 2012 po ciężkiej kontuzji, wreszcie piłkarz pozostający przez kilka miesięcy bez klubu, a obecnie wiodąca postać Bayeru Leverkusen. Co nowy rozdział w życiu tego zawodnika, to kolejna kontrowersja. Czy Boenisch powinien grać z orzełkiem na piersi? Być może. Czy zasługiwał na to, by występować na Euro od pierwszej minuty bez faktycznego przygotowania? W życiu. Czy jednak jest to piłkarz, z którego możemy od tak zrezygnować? Mowy nie ma.

Odnoszę wrażenie, że przez przewlekły uraz i kłopoty ze znalezieniem pracodawcy, kibice w Polsce uznali Sebastiana za słabego piłkarza. W końcu nawet przed wspomnianymi problemami siedział na ławce w Werderze Brema - a przecież w meczu z Australią ten sam Boenisch nas absolutnie zachwycił. Obsługiwał pozostałych reprezentantów wypieszczonymi dośrodkowaniami, podłączał się do wszystkich akcji ofensywnych - był nowoczesnym lewym obrońcą, jakiego kadrze zawsze brakowało. Nagle roztoczono przed nami wizję, w której dysponujemy parą ofensywnie usposobionych, wysokiej klasy bocznych defensorów, ponieważ w tym samym czasie na dobre rozbłysnęła w Borussi Dortmund gwiazda Łukasza Piszczka.

Wystarczyło jednak, byśmy zawiedli na Euro, by piłkarza uznać za jednego z głównych winowajców tej klęski. Owszem, być może Boenisch miał celność podań na poziomie 50% - ale czy to tylko jego wina? Franciszek Smuda rzucił go w bój nieprzygotowanego fizycznie, niezgranego z drużyną, dysponując przecież ogranym i prezentującym solidny poziom piłkarski Wawrzyniakiem. W tamtej sytuacji, w tamtych warunkach, Sebastian nie mógł w żaden sposób pokazać pełni swoich możliwości. Nie miał jak nawet zaprezentować ich połowy - był zwyczajnie zbyt rozsypany, by z wpuszczenia go na boisku jakikolwiek trener dał radę się wytłumaczyć. Jak powiedział Jakub Wawrzyniak na kilka dni przed Euro: "Nie wyobrażam sobie, bym nie grał" - no i solidnie się zdziwił, bo Franz zdecydował inaczej. To jedna z tych decyzji, której polscy kibice byłemu już selekcjonerowi nie wybaczą.

Najwyższa pora jednak, by zapomnieć o uprzedzeniach i dać Sebastianowi czystą kartę. Zamknąć rozdział pt. "Boenisch kontuzjowany", a rozpocząć projekt "Boenisch w pełni sił", czyli jedyny, który od początku tej historii powinien mieć rację bytu. Teraz bowiem dyspozycja lewego obrońcy wywołuje zachwyt kibiców Bundesligi. Pierwszy gol Boenischa po powrocie do świata żywych od razu uznałem za sygnał, że ten zawodnik jeszcze dużo może dać kadrze. Wszystko, czym zachwycaliśmy się u Sebastiana po jego debiutanckim zgrupowaniu - ofensywna gra, precyzyjne wrzutki, wprowadzanie zamętu w szeregach rywala - wróciło w ten weekend w meczu z Borussią Dortmund.

Waldemar Fornalik na pewno wspomniane wyczyny widział - na mecze mistrza Niemiec wybiera się nadzwyczaj często, nawet jeśli można sprawdzić akurat kogoś ciekawszego (np. Salamona), zamiast po raz kolejny oglądać Lewandowskiego. I niewątpliwie zaciera ręce, bo już wkrótce będzie miał do dyspozycji kolejnego zawodnika z prawdziwego zdarzenia, do tego na newralgiczną w naszej drużynie pozycję. Tym samym Boenisch może stać się jedynym farbowanym lisem, który zamiast wyłącznie zabierać miejsce w kadrze piłkarzom o porównywalnych możliwościach, rzeczywiście da jej dodatkowego kopa. Bo czy na innych pozycjach mamy aż takie problemy, żeby rozwiązywać je zaciągiem zza granicy? Nie wydaje mi się. Perquis? Na Euro można go było spokojnie zastąpić Glikiem. Obraniak? Pierwszy hamulcowy reprezentacji, nie prezentuje się obecnie lepiej od Mierzejewskiego. Polański? Na turnieju jeden z lepszych, ale w eliminacjach nagle zgasł - mamy w środku pola kilku młodych kandydatów, którzy dadzą radę go zastąpić.

Ale Boenisch? On i Wawrzyniak to zupełnie dwa różne światy - różnice w wyszkoleniu technicznym i kulturze gry są między nimi porażające. Swoją drogą, wspomnianego Jakuba może czekać stresująca runda. Do tej pory w meczach reprezentacji występował często z braku laku, nawet jeśli jego dyspozycja w Legii była mizerna. Teraz jednak przybył mu nie tylko niebezpieczny kandydat na pozycję lewego obrońcy w kadrze, ale także konkurent w klubie - wygryźć może go próbować sprowadzony tej zimy na Łazienkowską Tomasz Brzyski. Wawrzyniak musi więc przejść próbę charakteru - wreszcie ustabilizować formę i dać podstawy ku temu, by nadal na niego stawiać w najważniejszych meczach eliminacji do Mundialu.

Czego serdecznie mu życzę - bo im więcej reprezentantów w wysokiej formie, tym większe szanse na podróż do Brazylii. Nawet jeśli te szanse mieliby zwiększać piłkarze, których polskość można na pewnych płaszczyznach podać w wątpliwość. Boenisch swoją grą na Euro raczej więcej zaszkodził niż pomógł - ale kto wie, czy tamtych niepowodzeń nie odpracuje jeszcze z nawiązką.

czwartek, 31 stycznia 2013
Maja, czy już nie pora ruszyć się z miejsca?

Im dłużej obserwuję rozwój kariery Radosława Majewskiego, tym coraz bardziej odnoszę wrażenie, że chłopak nie będzie już znaczył w polskim futbolu więcej niż znaczy obecnie. Kiedy odchodził z Polonii do Nottingham, wydawało się, że druga liga angielska będzie tylko przystankiem Polaka w drodze do sławy. Maja był uznawany przecież za jeden z największych polskich talentów i głównego kandydata na przyszłego rozgrywającego reprezentacji. W życiu nie przyszłoby nam do głowy, że chłopak spędzi w Championship tyle czasu, a tym bardziej, że grać będzie na niezmiennym, równym poziomie. Teraz, po czterech latach, sytuacja Majewskiego w klubie po raz pierwszy od dawna była niepewna. Istniało spore prawdopodobieństwo, że piłkarz nie otrzyma propozycji nowego kontraktu. Ostatecznie jednak oferta się pojawiła i Radek zostaje. Na kolejne trzy i pół roku.

Nie da się zaprzeczyć, że w Nottingham Majewskiemu musi być dobrze. Zarabia godnie, ma względnie pewne miejsce w składzie, nie zalicza gwałtownych wahań formy. Czemu psuć coś, co funkcjonuje jak należy? Radek żyje sobie bez zmartwień - od meczu do meczu, od rundy do rundy, bez wygórowanych oczekiwań i konieczności wykonywania dodatkowego wysiłku. Mentalność tego piłkarza zamyka się w krótkim cytacie, gdy wypełniając ankietę personalną Adama Godlewskiego wymieniał kluby, w których dotychczas występował. Kończąc wyliczankę dodał: "FC Barcelona (ale na razie tylko w FIFIE)".

No właśnie, "na razie". Majewski jest na razie tu gdzie jest, ale tak ogólnie lubi sobie pomarzyć. Że zrobi karierę, trafi do wielkiego klubu, będzie wiodącą postacią polskiej kadry. By jednak to osiągnąć, nie czyni zupełnie nic.

Nie podnosi poziomu sportowego. W Championship gra już cztery lata - nie zdołał awansować do Premier League i nie zapowiada się, by w najbliższym czasie mu się udało. Nie ma więc perspektyw, by sprawdzić się na tle mocniejszych przeciwników. Nie robi też nic, by wrócić do reprezentacji. Od lat sprawdza się zasada, że polscy piłkarze grający w Championship raczej nie błyszczą w kadrze. Jako tako radzili sobie Saganowski i Rasiak, ale właśnie o to "jako tako" się rozchodzi. Majewski też do tej pory przyjeżdżał na zgrupowania i prezentował się jako tako. Dlatego w drużynie narodowej nigdy nie zagrzał dłużej miejsca. Potem potrafi mieć pretensje o to, że selekcjonerzy nie przyjeżdżają go oglądać i pomijają jego osobę przy powołaniach. Tylko po co właściwie mają go obserwować, skoro Radek od czterech lat gra właściwie tak samo - w klubie dobrze, ale nie porywająco, a w kadrze wystarcza to najwyżej, by był żelaznym rezerwowym? Na co komu zmiennik, po którym i tak nie można spodziewać się formy na pierwszy skład?

Teraz, gdy Majewski mógł opuścić bez przeszkód Nottingham, poszukać nowych wyzwań, spróbować swoich sił w innej lidze, skąd miałby bliżej do jeszcze mocniejszych drużyn i kadry - wolał podpisać kontrakt na kolejne trzy i pół roku. Obecnie chłopak ma na karku 26 lat. Zakładając, że wypełni umowę do końca, opuści klub krótko przed trzydziestką. Trochę nie za późno na transfer do tej Barcelony?

Oczywiście nie mogę zabronić Radkowi takiej ścieżki kariery. Skoro jest naprawdę szczęśliwy w Anglii, grzechem byłoby na siłę go z niej wyrzucać. Tylko jeśli już świadomie decyduje się na stagnację, to niech potem nie narzeka, że nie łapie się do reprezentacji, a z Xavim i Iniestą może pograć co najwyżej na PlayStation.

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31