Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
niedziela, 08 czerwca 2014
Jak MZPN układa tabelę w III lidze?

W III lidze łódzko-mazowieckiej zapowiadał się znakomity finisz w ostatniej kolejce, o miejsce premiowane awansem walczyć miały dwa zespoły, o utrzymanie cztery. Połowę tych emocji MZPN zdołał ukrócić jeszcze przed 38. serią spotkań, w sposób wymykający się jakiejkolwiek logice.

Niższe ligi polskie nie byłyby sobą, gdyby ktoś w tabeli nie wycofał się z rozgrywek/nie zbankrutował/nie otrzymał licencji. Tak też miało być w przypadku 3ŁM, gdzie potencjalny spadkowicz z miejsca 13. ostrzył sobie zęby na degradację Warty Sieradz. Klub do rozgrywek przystępował z licencją warunkową, a jego dalszy pobyt w nich mogło uratować jedynie uregulowanie zaległości wobec byłych piłkarzy. Ponieważ spłaty długów nie dokonano w całości, ultimatum nie zostało spełnione, więc przyszłość Warty w III lidze wydawała się oczywista.

No, wydawała się. MZPN postanowił bowiem nie czekać z degradacją na zakończenie trwających rozgrywek, tylko zdecydował się Warcie licencję cofnąć. Teraz. Przed ostatnim meczem sezonu z GKP Targówek. 

Rzut oka na tabelę.


 
Oto MZPN podarował warszawskiej drużynie utrzymanie, zanim ta zdążyła zawalczyć o nie na boisku. GKP, który w przypadku porażki w Sieradzu musiałby oglądać się na wynik rezerw Widzewa, dopisuje sobie właśnie 3 pkt z walkowera. Nie może więc zostać wyprzedzony, a z racji degradacji Warty wskakuje oczko wyżej. Gospodarzom meczu krzywda się nie dzieje, bo nie tylko ich dalszy los wydaje się przesądzony, ale też porażka 0:3 nie zmienia już ich sytuacji w tabeli. Z kolei zwycięstwo Targówka ucina wszelkie spekulacje na dole. Wieluń, Grodzisk, Aleksandrów piłkarze z tych miast mogą być już myślami na wakacjach. 

Nasuwa się oczywiste pytanie. Dlaczego MZPN nie pozwolił rozegrać Warcie 38. spotkania, skoro 37 rozgrywanych na warunkowej licencji było akceptowalne? Jak to możliwe, że komisja nie mogła poczekać na finisz sezonu trzech dni, jeśli wstrzymywała się z decyzją o zawieszeniu od listopada?

Kibice węszą spisek, którego celem ma być utrzymanie w lidze przez mazowiecki związek drużyny z Warszawy.  Były bowiem dotąd znacznie lepsze okazje do cofnięcia Warcie licencji. Ostrzeżenia działacze klubu dostawali zarówno przed rozpoczęciem sezonu, jak i przed rundą rewanżową, lecz wtedy decyzje były po prostu odraczane. Dziś zaś Warta zalega ze spłatą 22 tysięcy jednemu byłemu piłkarzowi, co w porównaniu z długami, jakie w Sieradzu mieli przed rokiem, jest sytuacją bajkową. Jeszcze w lutym zawodnicy grozili strajkiem z powodu niewypłacania przez klub pensji. Byli wtedy liderami tabeli, podobnie jak przez większą część sezonu. Czy MZPN czuł się wcześniej głupio, mając wstrzymać licencję sensacyjnemu kandydatowi do awansu? Jeśli tak, dlaczego nie pozwolił mu w spokoju rozegrać rundy do końca?

Warta Sieradz zasłynęła wcześniej jako drużyna, która trzy sezony z rzędu zajmowała miejsca w strefie spadkowej lecz kłopoty licencyjne rywali zawsze pozwalały jej zostać na szczeblu III-ligowym. Teraz, gdy nagle znalazła się w czołówce, czeka ją degradacja w taki sam sposób. Los bywa jednak przewrotny.

niedziela, 04 maja 2014
Zawisza lepszym pucharowiczem od Zagłębia. O 1 procent.

fot. polskieradio.pl

Gdyby choć część powietrza napompowanego w balon Pucharu Polski przedmuchać na samo spotkanie, obejrzelibyśmy w piątek naprawdę przyzwoity mecz. Atmosfera piłkarskiego święta zresztą piłkarzom się udzieliła, ale jedynie na 20 minut - czyli dopóki wystarczyło sił. Bo kiedy do gardeł rzucają się sobie Abwo z Petaszem i Wójcicki z Rymaniakiem, futbolowego starcia tytanów oczekiwać nie tyle nie należy, co zwyczajnie nie wypada.

Kibice zgromadzeni na Narodowym z finału zapamiętają pewnie kilka obrazków. Szybką szarpaninę z pierwszego kwadransa, potem czas na drzemkę i drobne epizody, przy których można było otworzyć oko: obolałego Rodicia, nieskutecznego Piecha czy nieporadnego Kadu, który w 121. minucie mógł oszczędzić Zawiszy nerwów, gdyby tylko była w nim choć krzta odwagi i zdecydowania. A tak - mieliśmy agresywne kopanie z elementami piłki nożnej, uratowane przez karne, bo to właśnie one zostaną z tego obrazu nędzy zapamiętane.

W zasadzie konkurs jedenastek rozstrzygnął tylko jedno - kto ma większe szanse na awans w dwumeczu LE, gdyby w nim do karnych doszło. Patrząc na grę obu zespołów, trudno oczekiwać, że którykolwiek z nich przebrnie drugą rundę eliminacji.

Zawisza ma na ten moment o 1% większe szanse. Nie ze względu na jakieś obiektywne przekonanie, że w finale był zespołem lepszym (bo nie był), czy że lepiej kopie z 11 metrów (bo nie będzie to miało większego znaczenia). Można argumentować to z kolei miejscem w tabeli - Zawisza jest mimo wszystko w czołowej ósemce, a Zagłębie drży o utrzymanie. Gdy wyobrażam sobie oba zespoły w starciu przeciwko Karabachowi czy innej wschodniej potędze, Lubinianie odrzucają mnie bardziej. Brak im jakichkolwiek klasowych zawodników, a skoro najlepszy z nich, czyli Piech, nie został w Turcji potraktowany nawet jako poważny piłkarz, to... może lepiej wcale nie próbować?

Zawisza posiada (na tę chwilę kontuzjowanych) Vasconcelosa czy Goulona, którzy w odrobinę lepszą piłkę już grali. A także odkrycie Masłowskiego, w miarę solidnego Lewczuka i resztę portugalsko-brazylijskiego zaciągu, marzącego pewnie o wielkiej karierze. Nie robiąc sobie nadziei na wielką grę Zawiszy w Lidze Europy, wydaje się, że to trochę lepsza wizja niż posyłanie w bój rozpasanych przez KGHM "Miedziowych". Jeśli prezes Osuch zechce wyłożyć gotówkę na kilka wzmocnień, a kluczowi zawodnicy wyleczą urazy, to może, może, przy udanym losowaniu, uda się tego pierwszego starcia nie przegrać. A, jak pokazał finał PP, wcale nie trzeba wygrać, żeby coś ugrać. Wystarczy mieć farta. W Lubinie tego farta generalnie ani nie mają, ani mu nie pomagają.

Jedno zaś Bydgoszcz ma już dziś europejskie - rzuty karne. O dziwo, w Warszawie zarówno jedni jak i drudzy zaliczali po swojej stronie uderzenia na klasowym poziomie, choć koniec końców zadecydowały te, przy których na wierzch wylazły typowe przywary polskiego piłkarza. Były to:

- brak techniki (Dudek kładzie Rodicia, po czym nie trafia w połowę odsłoniętej bramki),

- brak sprytu (Kaczmarek jeden raz robi inny ruch w bramce niż zwykle, gdy pozwala mu to obronić strzał Cotry - wraca do nieskutecznej metody),

- brak przewidywania (mający 6 karnych na analizę ruchów bramkarza Bonecki posyła najbanalniejszą dla Kaczmarka piłkę, choć ten za każdym razem pada na kolana).

I jeszcze w kwestii Boneckiego - wystarczyło na Kaczmarka spojrzeć jeden raz, drugi czy trzeci (szans miał sześć), by stwierdzić, że gość pada dziwnie na kolana za każdym razem i jest z 10 dobrych sposobów na załadowanie mu gola. Brak strzeleckiego zmysłu u chłopaka kosztował tym razem Zagłębie Puchar Polski i grę w pucharach - pewne rzeczy można tłumaczyć stresem lub młodym wiekiem, ale gdy nie jesteś w stanie podjąć przed karnym prostej decyzji "jak uderzyć, by było najlepiej", to przed tobą jeszcze wiele pracy. 

piątek, 11 października 2013
Ricardo Mannetti - od eFeManiaka do selekcjonera

Football Manager zainspirował już wielu graczy do wysyłania klubom CV pełnych ich wirtualnych osiągnięć. Ta historia jest jednak inna - opowiada o byłym piłkarzu, którego do trenerki zainspirował FM, a który w czerwcu tego roku został selekcjonerem drużyny narodowej.

Ricardo Mannetti, 55-krotny reprezentant Namibii, nigdy nie zrobił zawrotnej kariery klubowej. Przygodę z piłką zakończył już w wieku 31 lat, po drodze występując w kilku drużynach z RPA. Na swoim koncie ma także udział w Pucharze Narodów Afryki w 1998 roku, gdy jego kraj debiutował w tych rozgrywkach. Dzielni Wojownicy zagrali wtedy na miarę swoich przydomków. W pierwszym meczu grupy C ulegli 3:4 Wybrzeżu Kości Słoniowej, a Mannetti strzelił kontaktowego gola na 2:3. W drugim spotkaniu Namibijczycy zremisowali 3:3 z Angolą, a w decydującym starciu ulegli RPA 1:4. Katem debiutantów okazał się zdobywca czterech bramek, Benni McCarthy, jednak dzięki ofensywnej grze zespół zostawił po sobie dobre wrażenie.

Kolejnej szansy na wybicie się Mannetti nie dostał. Gdy po dziesięciu latach Namibia dostała się na PNA po raz drugi, był już od dwóch lat na emeryturze. Lecz kiedy w 2006 wieszał buty na kołku, w tamtym momencie nawet nie rozważał opcji zostania trenerem. Coś jednak te plany zmieniło. Tą rzeczą był... Football Manager. O tym, że ta z pozoru zwyczajna gra potrafi działać na wyobraźnię, przekonaliśmy się wszyscy - także Ricardo Mannetti. Wystarczyło, że rozegrał w niej trochę meczów ze swoim szwagrem i jego pasja została rozpalona. 

- Wcześniej nie miałem do czynienia z grami komputerowymi, nigdy nie byłem nawet nimi zainteresowany. Jednak Football Manager rozbudził moją wyobraźnię. - opowiadał Reutersowi jeszcze w czerwcu. - Cały czas wygrywałem i każdy twierdził, że to dowód, iż byłbym dobrym trenerem.

Ricardo dał się przekonać. Krótko po zakończeniu kariery zaakceptował ofertę prowadzenia namibijskiego FC Civics Windhoek, w którym wychował się jako piłkarz. Klub przed jego przybyciem dopiero co cudem uniknął degradacji. Jednak pod wodzą Mannettiego, niczym w wirtualnej rzeczywistości, wszystko się zmieniło - zespół już w pierwszym sezonie zdobył Puchar Namibii oraz wicemistrzostwo kraju. Sukcesy te nie umknęły największemu namibijskiemu klubowi Black Africa FC, który wkrótce ogłosił Mannettiego swoim nowym szkoleniowcem.

W 2010 Namibijski Związek Piłkarski zatrudnił go w roli trenera juniorskich drużyn narodowych, by już po roku Ricardo samodzielnie prowadził zespół U-20. Pełnił też przez krótki czas funkcję asystenta Rogera Palmgrena, który został selekcjonerem seniorskiej reprezentacji w maju 2013 roku. Jednak już po miesiącu Szwed nieoczekiwanie zrezygnował z posady, gdy po remisie 0:0 z Malawi pijany fan groził śmiercią jego rodzinie. Zdecydowano się zastąpić go Mannettim.

- Widziałem jak menedżerowie przychodzą i odchodzą, ale tego się nie spodziewałem. Jeśli mam być szczery, jestem trochę zestresowany. To dla mnie wielkie wyzwanie i jedyne, czego teraz chcę, to by naród skupił się na piłce, nie na Rogerze.

Nowy selekcjoner musiał jednak działać szybko, bo już za kilka dni czekał go mecz eliminacji do MŚ z Nigerią. Super Orły miały po sześciu meczach cztery punkty więcej od Namibii i prowadziły w grupie F. By zachować szanse na Mundial, w grę wchodziła więc tylko wygrana. Nie udało się - w meczu padł remis 1:1. Namibijczycy wyszli na prowadzenie w 77. minucie (bramkę zdobył wprowadzony przez trenera rezerwowy), niestety rywale odpowiedzieli już po 300 sekundach. Wynik, choć jak na debiut bardzo dobry, miał więc dla Mannettiego gorzki smak.

Kolejne dwa spotkania przyniosły mu pierwsze małe sukcesy - sparingi z Mauritiusem i Szeszelami zakończyły się zwycięstwami, kolejno 2:1 i 4:2. Nieco gorzej potoczyły się mecze towarzyskie przeciwko RPA i Mozambikowi (1:2 i 0:1). Sezon drużyna Namibii zakończyła porażką 0:1 w ostatnim meczu eliminacyjnym przeciwko Kenii.

 Dziś 38-letni Mannetti snuje już plany na kolejny rok pracy z reprezentacją. I jak dodaje, jedynym jej minusem jest fakt, że nie ma więcej czasu na gry komputerowe.

sobota, 10 sierpnia 2013
W III lidze dzikie karty rozdają taliami. Niektórym trzy lata z rzędu!

Aby przekonać się, że poziom łódzkiej piłki stoi na nędznym poziomie, wystarczy zobaczyć na własne oczy stan tutejszych boisk. Istnieje też jednak druga metoda. Jeśli bowiem policzymy kluby z Łodzi i regionu w składach lig na sezon 2013/14, okaże się, że na pojedynek dwóch natrafimy dopiero w III lidze łódzko-mazowieckiej. Po równoległych spadkach GKS-u i ŁKS-u wszystko, czym może pochwalić się pułkownik Potok, to jeden klub na poziom: 

  • Ekstraklasa: Widzew
  • I Liga: GKS Bełchatów
  • II Liga: Pelikan Łowicz

Kolejnych reprezentantów ŁZPN znajdziemy dopiero piętro niżej, na czwartym szczeblu rozgrywek. Większość nie nadaje się jednak nawet na niego, bo od czasu powstania grupy łódzko-mazowieckiej nie awansował z niej żaden (!) zespół z łódzkiego. Kilka próbowało za to spaść – bezskutecznie. 

O czym mowa? Za przykład najlepiej posłuży tu Warta Sieradz. Drużyna ta od trzech sezonów spada z ligi i po raz trzeci nie poniesie z tego tytułu żadnych konsekwencji!

Można być na III ligę za słabym sportowo. Jednak w Polsce mamy tak, że pierwszeństwo w degradacji posiadają ekipy, które na danym poziomie nie radzą sobie finansowo. W łódzkim zaś zawsze znajdzie się ktoś, komu pieniądze w kasie się skończą i postanowi zwinąć interes albo narobi takich długów, że nie będzie w stanie mu pomóc nawet najbardziej łaskawa komisja licencyjna. Wtedy ŁZPN nie ma po innego wyjścia – gdy dany klub zostanie wycofany z rozgrywek, w jego miejsce zapraszani są po kolei spadkowicze, a dopiero potem najlepsze kluby z niższej ligi. Sieradz, który zazwyczaj procedurę licencyjną przechodzi bezboleśnie, miał akurat to szczęście, że gdy zajmował dwukrotnie 16. miejsce, wypadał jeden klub, a gdy był 17. – wypadły dwa.

Najpierw sieradzanie utrzymali się po wycofaniu z rozgrywek Ceramiki Opoczno. Wtedy, gdy biało-zieloni przegrali miejsce nad strefą spadkową w ostatniej kolejce, w mieście traktowano ten prezent jako szansę na rehabilitację. Rok później Warta zakończyła jednak sezon na przedostatniej pozycji, po prawdziwie żenującej grze. Tymczasem związek uratował nie tylko ją, ale też lepszy o jedną lokatę Włókniarz Zelów (zrezygnowało KP Piaseczno, Hutnik Warszawa nie otrzymał licencji) i ostatecznie z ligi spadła jedynie ostatnia Narew Ostrołęka.

Podwójne ocalenie było jeszcze zabawne, ale wszystko ma swoje granice. Sieradz drugiej szansy też nie wykorzystał, kolejny raz lądując na zakończenie sezonu w strefie spadkowej. Tym razem decyzja o jego ponownym ocaleniu - bo z torbami poszły LKS Kwiatkowice - wiąże się w większej mierze z żenadą niż z zadowoleniem. Zawodnicy nie otrzymują wypłat na czas, klub zatrudnia od dekady w kółko tych samych trzech trenerów, a w urzędzie skarbowym zaległości sięgają 40 tysięcy złotych. W skrócie: przed odwołaniem - okręgówka. Po odwołaniu - dwie klasy w górę. Takie promocje tylko w łódzkim.

Dla Warty jest to trzecie utrzymanie przy zielonym stoliku z rzędu. W ten sposób zespół nie mający pieniędzy, piłkarzy, szkoleniowca ani frekwencji na III ligę, kolejny rok będzie zbierać w niej oklep. A na koniec i tak ogłosi, parafrazując Tomasza Kafarskiego, że Warta jeszcze nie spadła.

15:24, karol.clapa , Futbol
Link Komentarze (1) »
środa, 15 maja 2013
Kim ja jestem, żeby decydować o stadionie?

Klamka zapadła. Widzew dostaje stadion, ŁKS trybunę - wszyscy, mając na myśli członków obrad, są zadowoleni. Zdanowska rozwiązała kłótnię względnym konsensusem i nie musi stawiać dwóch obiektów, Widzew otrzyma stadion na miarę swojej pozycji w ligowej hierarchii - czyli dokładnie tyle, ile obecnie potrzebuje. ŁKS otrzyma trybunę i boiska treningowe dostosowane do ich sytuacji w polskiej piłce - czyli również dokładnie tyle, ile potrzebuje. Cacek się cieszy, Salski się cieszy, Pani Prezydent może odetchnąć z ulgą. Oczywiście w tym konflikcie musiała być strona niezadowolona (i jest!), bo najbardziej zatwardziali fani ŁKS-u decyzji o lokalizacji Stadionu Miejskiego przy al. Piłsudskiego z pewnością łatwo nie zaakceptują. Ich problem w tkwi jednak w tym, że żaden prezydent, burmistrz czy wójt, choćby nie wiadomo jak nierozsądny, mając już w mieście zespół występujący w Ekstraklasie, nie wybuduje obiektu za wiele milionów drużynie czwartoligowej, bo "może się dzięki temu odbuduje". I nie jest to kwestia sympatii czy antypatii, ani zasług historycznych - w IV lidze obiektów za 170 milionów zwyczajnie się nie stawia.

Zdanowska podjęła wczoraj logiczną decyzję, wzbudzającą najwyższy odsetek zadowolenia społecznego. Widzew, jako klub dolnej części tabeli i z bardzo przeciętną frekwencją, nie potrzebuje w tym momencie obiektu za więcej niż wspomniane 170 milionów. ŁKS, od przyszłego futbolu zaczynający futbolową rezurekcję z kolejnych kręgów piekła, nie ma na razie potrzeb większych niż nowa trybuna na 5 tysięcy fanów. A biorąc pod uwagę fakt, że oba kluby mogły dostać figę z makiem, czyli przeciąganą bez końca budowę na Orle, gdzie tak naprawdę żaden z nich nie chciał grać, a kibice obu zespołów prędzej czy później by się wzajemnie pozabijali - nie powinno być mowy o negatywnych nastrojach. Jasne, że fani ŁKS-u zdążyli się podpalić na budowę przy al. Unii, gdy umowa była już podpisana, a Łódzki Klub Sportowy występował w Ekstraklasie. Sęk w tym, że to nie miasto skrzywdziło ich odwołując te plany, ale sami ludzie rządzący ŁKS-em oraz PZPN, których destrukcyjne działania na niekorzyść klubu zmusiły Łódź do wycofania się z projektu Stadionu Miejskiego na Polesiu.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest, że w tej wojnie łódzko-łódzkiej na swoje racje i zasługi nie ma nic poza hipokryzją. Całe te akcje, apele celebrytów, argumenty o "najlepszej lokalizacji", bo tu lotnisko, a tam dworzec - to zwykła fikcja. Tylko dziś brałem udział w sytuacji potwierdzającej tę tezę. Student dziennikarstwa jak ja, z tą różnicą, że zawzięty kibic ŁKS-u, w przypływie emocji stwierdził, że jako człowiek nie pochodzący z Łodzi nie mam prawa głosu w tej sprawie. Gdy powiedziałem, że decyzja już zapadła i moim zdaniem z logistycznego punktu widzenia jest najlepsza, a protesty kibiców kibiców ŁKS-u nic nie zmienią, omal nie zaczął mnie bić, bo "stadion jest dla wszystkich łodzian".

Dla mnie stadion wszystkich łodzian to pięknie brzmiąca bzdura. Nikt, ani ŁKS, ani Widzew, nie chciał wspólnego stadionu, każdy za to życzył drugiej stronie wszystkiego najgorszego. Teraz, gdy obie mają adekwatny dla swojej sytuacji kawałek tortu, nadal ktoś jest niezadowolony. Bo jedni mają więcej, a drudzy mniej, ale właśnie taka jest rzeczywistość - jeśli fani ŁKS-u kogoś chcą o nią obwiniać, to nie Zdanowską czy widzewiaków, tylko ludzi, którzy byli klockami hamulcowymi w ich klubie. Jeśli zaś na Widzewie ktoś zechce narzekać, że dostają na stadion 170 milionów, a nie np. 250, niech szuka winy w zaległościach finansowych RTS-u.

Co prawda komplement dla Pani Prezydent ledwo przechodzi mi przez gardło - bo na co dzień uważam ją za bardzo słabego przedstawiciela interesów miasta - jednak w tym momencie podjęła najlepszą możliwą decyzję. Jedyną, która ma uzasadnienie oparte wyłącznie na interesach sportowych. Jeśli komuś sympatie klubowe przysłaniają tę prostą logikę, a już zwłaszcza studentowi dziennikarstwa, to taka osoba nie powinna zabierać się za kreowanie opinii publicznej.

- Kim Ty jesteś, żeby o tym decydować?! - wykrzyczał mi w twarz ów student. Chętnie odpowiem na to pytanie. Jestem z zewnątrz - i może dlatego potrafię spojrzeć na tę sprawę z nieco chłodniejszą głową.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31