Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
niedziela, 26 maja 2013
Playlista motywacyjna gracza

Gdy bokser wychodzi na ring, puszczana muzyka ma za zadanie wprowadzić go w odpowiedni nastrój i zmotywować do lepszej walki. Podobnie jest z piłkarzami, którzy słuchają swoich ulubionych kawałków przed meczami, w autobusie albo szatni. Okazuje się jednak, że bojowe nastawienie muszą obudzić w sobie również inni - np. wirtualni menedżerowie. 

Słyszeliście o Spotify? To program umożliwiający słuchanie muzyki i tworzenie playlist bez konieczności pobierania empetrójek na nasze dyski twarde. Teraz korzysta z niego również ekipa Football Managera, która postanowiła poprosić graczy o pomoc w skompletowaniu listy utworów najbardziej motywujących ich przed wirtualnymi meczami. Wystarczy, że skorzystacie z aplikacji przygotowanej w tym celu przez Sports Interactive na Facebooku.

W polu wyszukiwania wpisujecie tytuł piosenki, którą chcielibyście dodać do playlisty i - jeśli znajduje się ona w bazie Spotify - zgłaszacie jej kandydaturę. Po wszystkim aplikacja poprosi Was o imię i nazwisko oraz adres e-mail, ponieważ zabawa powiązana jest z konkursem. Każda osoba dodająca utwór może wziąć udział w losowaniu nagród, wśród których są: iPad Mini z FM Handheld 2013 oraz konta Premium na Spotify. Niestety, regulamin przewiduje jedynie wyróżnianie osób zamieszkujących teren Wielkiej Brytanii - jeśli jednak macie nadzieję, że organizatorzy zrobią dla Was wyjątek (co, rzadko bo rzadko, ale się zdarza), to śmiało zgłaszajcie się do loterii. Rozstrzygnięcie poznamy na początku lipca.

Choć zabawa skierowana jest do fanów serii Football Manager, nic nie stoi na przeszkodzie, by z playlisty korzystał każdy, kto chce wprawić się w odpowiedni nastrój przed ważnym dla siebie wyzwaniem. Nieważne, czy to mecz po sieci w FIFA 13, egzamin maturalny czy trening na siłowni. Michał Pol stworzył ostatnio np. listę utworów dobranych specjalnie z myślą o finale Ligi Mistrzów.

Klikając w link poniżej możecie podejrzeć, czego słuchają przed meczami eFeManiacy z całego świata. Miłej motywacji!

>> Football Manager Motivational Playlist

sobota, 19 stycznia 2013
Kaloryczne deja vu

Trzy lata temu napisałem może niezbyt odkrywczy, ale za to szczery tekst, po tym jak zobaczyłem przez okno pewien smutny obrazek. Dziś miałem deja vu - ujrzałem dokładnie to samo zjawisko, z tą niewielką różnicą, że z balkonu i na śniegu. I napisałbym wspomiany tekst ponownie, gdyby nie fakt, że musiałbym wystukać na klawiaturze słowo w słowo ten sam ciąg znaków. No, może rozrywki dzieciaków wymieniłbym inne - bo niesamowite, jak zmieniła się rzeczywistość od zaledwie 2010 roku. W każdym razie, posłuchajcie.

***

Gdy byłem jeszcze młody, a to wcale nie tak odległe czasy, przy sieradzkiej ulicy Łokietka panował stały harmonogram dnia: piłka nożna, przerwa na Dragon Balla i znowu piłka nożna. Wszystko za sprawą zamieszkujących te okolice roczników 89-90, które na okolicznym placu zabaw wręcz jako obowiązek traktowały rozegranie choćby jednej piłkarskiej potyczki w ciągu dnia - a z racji tego, że moich rówieśników na osiedlu nie uświadczyłem, podłączałem się do starszych kolegów, naturalnie w roli bramkarza. Nie obyło się co prawda w moim przypadku bez połamanych kończyn, ale z perspektywy czasu na pewno nie żałuję.

Taki stan rzeczy trwał nieprzerwanie przez wiele lat, później jednak nastał czas liceów, potem studiów i nim się obejrzałem, osiedlowa elita rozproszyła się po wszystkich stronach kraju. Na długi okres życie podwórkowe po prostu zamarło - zarosły wszystkie wydeptane przez nas dziury w trawie, a centrum okolicy, piaskownica ulicy Łokietka przestała przyciągać rodziców z ich najmłodszymi pociechami.

Jakże wielkie było więc wczoraj rano moje zaskoczenie, gdy odsłoniwszy okienne rolety ujrzałem na placu grupkę uganiających się za futbolówką dziesięcio-, może nawet dwunastoletnich chłopaczków. Wszystko jak za starych dobrych czasów - jedna bramka przed karuzelą, druga obok drabinki, obie zrobione z bluz, patyków, albo rezerwowych piłek. Piękny obrazek. I dopiero po chwilowej obserwacji tej sielankowej sceny coś mnie w niej poważnie zaniepokoiło.

To postura siedmiu z ośmiu dzieciaków przyprawiła mnie o zawrót głowy. Dużym niedomówieniem byłoby nazwanie ich "przy kości", "pulchne" lub "nadzwyczaj dobrze zbudowane" - one były po prostu grube, żeby nie powiedzieć spasione! Ich ociężałe ruchy, praktyczna niemożność jakiegokolwiek przyspieszenia i rezygnacja z dojścia do wypuszczonej na metr piłki były po prostu godne pożałowania. Biedne roczniki 2000 zostały do tego stopnia utuczone, że nich "bieganina" za piłką ograniczała się do chodu na przemian ze sprawiającym wyraźne problemy truchtem, a każde jej kopnięcie było jakąś abstrakcją - przeciętny dziesięciolatek dostając piłkę przed pustą bramką rywala nie odwraca się i nie kopie nią w żywopłot.

Statystycy jednak nie przesadzali twierdząc, że najmłodsi tyją obecnie w zatrważającym tempie. Bezmyślni rodzice dają swoim potomkom do szkoły po dychu z poleceniem "kup sobie dwie bułki". A co robi taki dzieciaczek, z banknotem w ręku i pozbawiony czujnego oka opiekuna? Leci do szkolnego sklepiku, gdzie funduje sobie chipsy, batony i słodkie napoje. Do tego dochodzi jeszcze dokarmiająca "mizernego" wnuka babcia (albo dwie) i nim ktokolwiek zdąży się obejrzeć, małolat ma już dobre 10 kilo nadwagi.

Ale czemu się dziwić, skoro tacy chłopcy zamiast wyjść przed podwórko i pobawić się w Ligę Mistrzów, wolą pocinać godzinami w Tibię lub oglądać najnowszą sagę przygód Kapitana Bomby. Widząc obecny poziom najmłodszych roczników miejscowej Warty Sieradz chce mi się płakać, skoro jego najlepszym strzelcem jest znany mi chłopak, który ma poważne problemy z utrzymaniem równowagi przy zamachu do piłki.

Era komputerów od trzeciego roku życia i komórek na komunię spowodowała, że młodzież przestała masowo uprawiać sport - futbol to tylko jeden z przykładów na rosnące lenistwo najmłodszych. Może powinniśmy postarać się, aby za dziesięć lat konkurencjami olimpijskimi ustanowiono klikanie myszką na czas lub jakiś dziesięciobój w WoW-ie? Medali przywieźlibyśmy na pęczki i naród byłby wreszcie zadowolony.

Nie śmiejmy się ze stereotypowych Amerykanów, ale sami doglądajmy, czym żywią się nasze pociechy. Inaczej w przyszłości Polska będzie miała o wiele większy problem niż zły system szkolenia piłkarzy. Problem, na który nawet orliki za każdym rogiem nie pomogą.

23:53, karol.clapa , Pozostałe
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 stycznia 2013
Dopóki Tour de Ski, dopóty Kowalczyk

W Internecie raban za rabanem. Najpierw złość, płacz i zgrzytanie zębów, bo w telewizji nudna Borussia z Polakami zamiast kultowego Real-MU z Mourinho i Fergusonem. Teraz, podczas kolejnej Gali Mistrzów Sportu, czwarty raz z rzędu zwyciężyła Justyna Kowalczyk. I znowu skandal, przegięcie, głupota! Jak narzekać na TVP, to na całego.

Oczywiście można dywagować na temat tego, czy Justyna Kowalczyk zasłużyła na miano sportowca roku 2012. Że po raz kolejny pokazała klasę w swojej dyscyplinie, nie ulega wątpliwości - nawet Małysz nie był w stanie utrzymać tak równej, wysokiej formy przez pięć kolejnych sezonów. Z drugiej strony Polka nie zakończyła minionych dwunastu miesięcy z kolejną Kryształową Kulą, tak więc - jakby nie spojrzeć - nie dała tego powodu co zawsze, by na nią głosować.

Do tego mieliśmy rok letnich Igrzysk Olimpijskich w Londynie i naturalną koleją rzeczy byłoby, gdyby statuetkę za pierwsze miejsce odebrał jeden z medalistów tej imprezy. Najlepiej złoty - Tomasz Majewski lub Adrian Zieliński. Pierwszy, jako że w karierze dwukrotny, szanse miał największe i w pierwszym zestawieniu na wirtualnej bieżni o dziwo prowadził. Dalej nie rozumiem jednak celu organizatorów w ukazywaniu widzom aktualnych wyników głosowania, co powoduje jedynie mobilizację określonych fanklubów do sięgnięcia po telefony, a także zupełnie zniechęca zwolenników kandydatów z ogona stawki. Prosta psychologia:

1. Jest daleko? Eee tam, to i tak już nie dogoni.

2. Prowadzi?! Więc spokojnie dociągnie!

3. Przegrywa, ale może wygrać?! SMS-ujemy!

W ten sposób, nim zdołaliśmy się obejrzeć, Justyna wyprzedziła Tomka i zgarnęła kolejną nagrodę. Należałoby jednak zastanowić się, skąd u widzów w tym roku taka werwa do wysyłania głosów na Kowalczyk. Jak już wspominałem, Kryształowej Kuli nie zdobyła. Nie walczyła w ubiegłym roku na Igrzyskach ani Mistrzostwach Świata. Do tego nie elektryzuje nas w tym momencie jej zawsze napięta rywalizacja z Marit Bjoergen, która tak bardzo potęgowała nasze patriotyczne odczucia względem biegaczki. Dlaczego więc tyle osób w czasie uroczystości uznało ją za najlepszego obecnie sportowca?

Prosta sprawa: Tour de Ski.

Turniej TDS zbiega się z organizacją Gali Mistrzów Sportu, powodując, że Justyny nigdy na niej nie ma. Ale to nie wszystko - od czterech lat Kowalczyk niezmiennie w turnieju zwycięża. Przez kilka dni przed Galą TVP ekscytowała się kolejnymi biegami Polki, jej rosnącą przewagą nad rywalkami, a w kulminacyjnym punkcie (najlepiej dzień przed lub w samym dniu plebiscytu) rodaczka odjeżdża tak daleko, że Maciej Kurzajewski może wesoło zakrzyknąć w studiu, iż tylko katastrofa odbierze Justynie zwycięstwo. Pochwałom nie ma końca, przeciwniczkom opadają ręce, Kowalczyk zbiera gratulacje i trafia w sam środek burzy medialnej akurat wtedy, gdy telewidzowie muszą decydować.

No to kto jest najlepszy? Kowalczyk! Przecież sami słyszymy, jak wszystkich deklasuje.

środa, 05 grudnia 2012
KRRiT aktualizuje ustawę o "ważnych wydarzeniach". A wśród nich...

Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji zabrała się za opracowanie listy wydarzeń "o zasadniczym znaczeniu społecznym" - czyli w skrócie takich, które muszą być pokazywane na otwartej antenie, a widz nie musi uiszczać za ich transmisję żadnych opłat. Ponieważ na liście tej znajdują się również wydarzenia sportowe, warto przyjrzeć się, jakie imprezy konkretnie muszą pokazywane być w publicznej telewizji. Czeka nas tam bowiem kilka niespodzianek. 

W ustawie o radiofonii i telewizji (art. 20b ust.3) za ważne wydarzenia uważa się między innymi:

1) letnie i zimowe Igrzyska Olimpijskie;

2) półfinały i finały mistrzostw świata i Europy w piłce nożnej, a także wszelkie inne mecze w ramach tych imprez z udziałem reprezentacji Polski, w tym mecze eliminacyjne;

3) inne mecze z udziałem reprezentacji Polski w piłce nożnej w ramach oficjalnych rozgrywek oraz mecze z udziałem polskich klubów w ramach Ligi Mistrzów i Pucharu UEFA.

Dominacja piłki nożnej w powyższym zestawieniu wskazuje na to, że zacytowana część ustawy opracowywana była przede wszystkim w męskim gronie. Sama konfiguracja powyższych podpunktów nieszczególnie dziwi - można ewentualnie spytać, dlaczego obowiązkowe są właśnie takie, a nie inne fazy MŚ i ME? Czemu tylko finały i półfinały? A ćwierćfinały już nie? Jakby nie patrzeć, turnieje pokazuje się zazwyczaj w całości, więc zapis ten właściwie nie ma racji bytu.

Co również zastanawia, to brak obowiązku pokazywania jakichkolwiek meczów Polaków w innych dyscyplinach. Żaden bezpłatny program ogólnokrajowy nie musi więc transmitować występów (nawet w finale!) reprezentacji Polski w siatkówce mężczyzn (mistrzostwo Europy 2009, Liga Światowa 2012), w piłce ręcznej (wicemistrzostwo świata w 2007 i trzecie miejsce w 2009), ani meczów polskich koszykarzy (nawet na polskim Eurobaskecie!). Oznacza to, że gdyby Polsat - posiadający prawa do transmisji meczów siatkarzy - zechciał nadawać najbliższą imprezę mistrzowską na płatnym kanale, sympatycy siatkówki nie mieliby nic do powiedzenia! Naprawdę, wypadałoby już skończyć z udawaniem, że piłka nożna jest naszym sportem narodowym. Popularność popularnością, oglądalność oglądalnością, ale jak dla mnie zupełną kompromitacją byłaby sytuacja, w której finał siatkarskiej Ligi Mistrzów z udziałem polskiego klubu musiałbym obejrzeć w Polsacie Sport - którego, jako przeciętny telewidz, jeszcze do niedawna nie posiadałem.

Inna sprawa to obecność na liście... Pucharu UEFA. Turnieju, który, w dużym uproszczeniu, trochę czasu już nie istnieje. Liga Europy jest oczywiście jego kontynuacją, jednak to nowe rozgrywki, funkcjonujące pod inną nazwą, z nowym logo, o zmienionej w formule, z własnym oficjalnym hymnem. Nawet trofeum, teoretycznie to samo, zyskało nową nazwę. Jeśli więc ustawa nakazuje obowiązkowo pokazywać mecze polskich klubów w ramach Pucharu UEFA, to oznacza to, że od trzech i pół roku figuruje w niej nieaktualny podpunkt!

Należy więc mieć nadzieję, że po trzech latach ktoś wreszcie zreflektuje się i nieważny zapis zmieni. To już chyba najwyższa pora.

19:23, karol.clapa , Pozostałe
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 kwietnia 2012
Piosenkowy cyrk. A przecież nie jest źle...

W tym kraju pewne są trzy rzeczy. Śmierć, podatki i kiepskie polskie piosenki na Euro 2012. Aktualnie szczególnie cierpimy z powodu tego trzeciego, trwa bowiem wyścig szczurów o palmę pierwszeństwa w lansie podczas największej sportowej imprezy w naszym kraju. "Artyści" prześcigają się w swoich kiczowatych propozycjach, byle tylko Telewizja Publiczna właśnie ich piosenką katowała widzów w trakcie przerw transmisji meczów. Feel? Pudelsi? Liber? Wilki? Nie zaprzeczam, że coś potrafią - ale czy na pewno to są odpowiedni wykonawcy do utworu o takiej tematyce? Czy jakikolwiek polski wykonawca jest zdolny nagrać coś przyzwoitego o piłkarskim klimacie, skoro po klęsce inicjatywy na hymn Reprezentacji Polski na Mundial 2006 nadal wysłuchujemy "Do boju Polsko" Marka Torzewskiego? Nawet Pani Maryli Rodowicz muszę powiedzieć, że powinna odpuścić - chętnie posłucham w trakcie Euro jej klasyka o tym, że piłka jest okrągła, ale niech nie nagrywa niczego nowego. Po pierwsze, lepsze jest wrogiem dobrego. Po drugie, najpierw musi rzeczywiście być lepsze. 

Konkurs "Moja piosenka na Euro", który wyłonił nieoficjalny (i dzięki Bogu) utwór promujący Euro w Polsce, pokazał, jak bardzo jest źle. Interanauci bardzo trafnie ocenili zwycięski utwór zespołu IMISH - to kołysanka. Nikt w tym kraju nie nagra czegoś z prawdziwą ikrą, co spowoduje u kibica skok ciśnienia za każdym razem, gdy tylko usłyszy pierwsze nuty. I nie mówię tu o skoku ciśnienia, jak u chorego na nadciśnienie staruszka, tylko o pulsowaniu krwi u zapalonego kibica, który na dźwięk danego utworu mimowolnie przypomina sobie obrazy związane z określonym turniejem. Przeciągający się jęk (?) na początku piosenki "Waka Waka" Shakiry sprawia, że automatycznie widzę strzelającego rzut karny Fabio Grosso, i choć to nie te mistrzostwa (piosenka promuje MŚ 2010), to jednak dobre wykonanie teledysku z akcjami z poprzednich turniejów sprawia, że automatycznie odczuwam klimat sportowej rywalizacji. Z kolei z talentem Polaków do produkcji teledysków mogę się spodziewać co najwyżej klimatu studia "Kocham cię Polsko".

Gdyby zebrać wszystkie dzieła powstałe z okazji Euro, udałoby się nagrać kilka wątpliwej jakości płyt. Mógłbym poświęcić kilka godzin i wynaleźć wszystkie te cudactwa, ale po co? Wy nie chcecie tego słuchać, ja nie chcę tego słuchać... Za to mam dla Was dobrą wiadomość. Jeszcze nie wszystko stracone! O muzyczną sferę naszych mistrzostw dbają na szczęście nie tylko PZPN i TVP, ale także - chwalmy Pana - sama UEFA, która wybrała już zagranicznego wykonawcę oficjalnej piosenki Euro 2012. Gwoli przypomnienia - w 2008 roku taką osobą był Shaggy, w 2004 - Nelly Furtado. Tym razem będzie to niemiecka wokalistka Oceana, kojarzona głównie z hitem "Cry Cry". Próżno szukać w Internecie finalnej wersji jej utworu, ale na YouTube można znaleźć wydanie dość zbliżone do tego, które usłyszymy w trakcie mistrzostw. 

 

Chyba nie jest źle, prawda? Powiem więcej - Austriacy i Szwajcarzy ze swoim "Feel the rush" powinni nam zazdrościć. Choć melodia staje się momentami nieco monotonna, to jednak wpada w ucho i nie brzmi jak piknikowe rymy większości polskich wokalistów. Oceana stworzyła coś bardziej na wzór motywu muzycznego - jestem pewien, że fragment refrenu będzie pojawiał się na zakończenie każdego studia, jako podkład pod skróty bramek/najważniejszych akcji minionego meczu. Tak było w przypadku kawałka "Forca" Nelly Furtado, który w podobnej roli sprawdził się doskonale. 

Krytyk muzyczny ze mnie kiepski, więc nie potrafię ocenić wykonania hymnu Euro pod kątem reprezentowanego przez niego gatunku. Ale nie on jest tutaj istotny - jako kibic wiem, że niezależnie od preferencji muzyczych fanów utwór ten spełni swoją rolę. Dziękujmy UEFA, że nie pozostawiła tej sprawy w rękach PZPN-u. Inaczej na stadionach w przerwie meczów moglibyśmy wysłuchiwać hip-hopu w wykonaniu Tomka Iwana i Piotra Świerczewskiego. Jesteśmy uratowani!

 

A dla przypomnienia - oficjalne hymny Euro 2008 i 2004:

 

Tagi: euro 2012
04:18, karol.clapa , Pozostałe
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30