Kategorie: Wszystkie | Futbol | Gry | Inne sporty | Książki | Pozostałe
RSS
wtorek, 05 marca 2013
Gdzie się podziało to bicie rekordów?

Konkurs drużynowy w Val Di Fiemme i brązowy medal naszych skoczków narciarskich skłoniły mnie do prostego przemyślenia. Wiadomo o czym - punktach za skok przy obniżonej belce. Niecodziennie bowiem polska drużyna osiąga historyczny wynik. Niecodziennie też dokonuje tego w tak niejasnych okolicznościach. Bardal pojechał z wyższej belki niż mu policzono, więc dostał więcej punktów. Okazało się, że w łącznym rozrachunku Norwegowie wypadli gorzej i to nam przypadł medal. Ktoś powie - zasłużenie, przecież sportowo byliśmy lepsi! Tylko czy tak samo byłoby, gdyby wszystko zostało właściwie skalkulowane w odpowiednim momencie? Pomyślcie tylko - Polacy mieli przed ostatnią rundą skoków do odrobienia siedem punktów. Musieli ryzykować, więc Stoch pojechał z najniższej w konkursie belki. Ryzyko się opłaciło, Kamil dał radę - ale jeśli to rywalom przyszłoby gonić? Może Jacobsen pojechałby z równie niskiego najazdu? Tego już się nie dowiemy.

Nie chcę godzinami rozprawiać nad tym, czy system punktów za wiatr i obniżoną belkę jest słuszny - na pewno uważam, że zapobiega kuriozalnym sytuacjom z restartowaniem serii w połowie i ogólnie sprzyja kibicom, którzy za skoczkami podróżują tysiące kilometrów. Nawet jeśli nie jest doskonały i czasem sami zawodnicy nie wiedzą, czemu wygrali/przegrali (vide Kofler i Stoch w Engelbergu), to lepsze takie rozwiązanie niż konieczność skakania z jednakowej belki w zmiennych warunkach.

Nie ten aspekt przelicznika mnie dziś jednak zastanawia. W konkursie drużynowym Kamil skoczył w pierwszej serii 134 metry. Tylko dwa mniej od rekordu skoczni Adama Małysza sprzed dziesięciu lat. Ale z góry było wiadomo, że tego dnia rekord już nie padnie. Bo dziś najlepsi prawie zawsze kończą konkurs z obniżonej belki. Trenerzy skoczków walczących o zwycięstwo zaczynają wzajemne szachy - cała czołówka skraca najazd, więc lider jest zmuszony zrobić to samo. Kibice stoją na dole i nie zawsze orientują się, czemu ich faworyci nagle skaczą w drugiej serii po cztery metry krócej, a bez problemu zachowują pozycje. Tak jak w sobotę Stoch - w drugiej serii pojechał z najniższej belki w konkursie, doleciał do 130 metra i był to rewelacyjny skok - ale niektórzy internauci napisali "do medalu raczej nie wystarczy". Oczekiwali odległości równej tej z pierwszej serii, zupełnie nie zdając sobie sprawy, że Kamil osiągnął przed chwilą znacznie lepszy wynik niż poprzednio (wygrał zresztą obie serie).

Na przeskoczenie 136 metrów Małysza nie było szans. Pobicie rekordu zwyczajnie się Stochowi nie opłacało - dziś ważniejsze od odległości są wrażenia artystyczne. Gdyby Polakowi nie odjechała delikatnie narta przy lądowaniu, brąz mielibyśmy pewnie od razu, a ostatecznie nawet srebro. To była właściwa strategia. Rozsądniej było obniżyć belkę, skoczyć cztery metry bliżej, ale w dobrym stylu, aniżeli zafundować fanom historyczny skok. To nie przypadek, że od czasu wprowadzenia przeliczników rekordy padają właściwie tylko na nowych lub zmodernizowanych skoczniach - jak w Wiśle czy na mamucie w Vikersund. Jeśli już udaje się takowy pobić, często dzieje się to jeszcze w momencie, gdy skoczkowie nie rywalizują i nie skracają najazdu - czyli w kwalifikacjach, a wtedy wydarzenie takie pozostaje gdzieś na uboczu, staje się mniej głośne i spektakularne. Przeliczniki może nie zabiły, ale poddusiły lekko element, który dawniej widzom dawał tak wiele radości.

Jedyne, czego mi przy skoku Stocha zabrakło, to właśnie tego głośnego "pofruuunąąął!", które napełniało dumą nasze serca w 2003 roku.

piątek, 11 stycznia 2013
TVP jak zwykle zadowolone: "drugie miejsce skoczków to sukces"

Nie mam już sił do hurraoptymistycznych opinii w studiu TVP po każdym wydarzeniu sportowym. Możemy marnować największe szanse na sukcesy, zaprzepaszczać występy, do których przygotowaliśmy się latami, tracić zwycięstwa pewne i dawać ciała w najbardziej sprzyjających warunkach. Telewizja Polska i tak będzie nam wmawiać, że trzeba się cieszyć z tego, co się ma, albo że i tak osiągnęliśmy wiele, a wynik to niewątpliwy sukces. Skoki narciarskie najlepszym przykładem. Fatalny początek sezonu? No, to teraz może być już tylko lepiej. Rozczarowujące występy przed własną widownią w Wiśle? Fajnie, że poprawili się w drugiej rundzie. Dzisiaj znowu to samo.

Polscy skoczkowie prowadzili po pierwszej serii z olbrzymią przewagą. Skakali u siebie, w Zakopanem, na najlepiej znanej sobie skoczni, przy dopingu wspaniałej publiczności. Nie ma znaczenia, czy w tym składzie już występowali, ani kiedy ostatnio polska drużyna znajdowała się w takiej sytuacji. Rywale byli słabi, beznadziejnie słabi. Nie dawali rady Austriacy, Norwegowie ani wiecznie groźni Japończycy. Słoweńcy się trzymali, ale nie byli w stanie skakać równie daleko. Wypuszczenie zwycięstwa z rąk w takich okolicznościach było porażką.

Krzysiek Miętus zawalił swój skok. Jasne, że koledzy nie mogli okazać na wizji, że mają do niego jakiekolwiek pretensje. Kamil Stoch robił dobrą minę do złej gry, Piotrek Żyła był beztroski, ale to akurat zawsze jest zupełnie beztroski chłopak i wierzę, że wynik go zadowalał. Maciej Kot się jednak nie patyczkował - pokazał, że odczuwa niedosyt, bo miał ku temu prawo. Polacy byli prawie zwycięzcami, bohaterami dnia, już witali się z gąską, a ostatecznie przypadła im nagroda pocieszenia.

Tymczasem w TVP zachwyty nad formą naszych skoczków. "Owszem, odczuwamy lekki niedosyt, ale drugie miejsce Polaków jest wielkim sukcesem". Niby jakim sukcesem? W ostatnich latach na podium Pucharu Świata nasza drużyna pojawiała się kilkakrotnie, w tym raz właśnie na drugim stopniu. I nie była to tak wyrównana ekipa jak teraz, tylko Małysz i Stoch, a także pełniący w całym sezonie rolę pozorantów Żyła i Rutkowski, którzy akurat mieli dobry dzień. A że Stoch czy Kot skakali dziś najlepiej w całej stawce? Doskonale, niech takie dwa długie skoki powtórzą w konkursach indywidualnych, najlepiej nie tylko w Zakopanem. Dziś należało przede wszystkim skoczyć osiem razy równo. Pod tym kątem ekipa zawiodła.

Pierwsze historyczne zwycięstwo polskiej drużyny w PŚ - to byłby sukces. Osiągnięcie tego bez obecności Adama Małysza - to byłby sukces. Że akurat w Zakopanem - dodatkowy smaczek. Ale utrata pierwszej pozycji w taki sposób to z kolei jedna wielka porażka.

sobota, 25 lutego 2012
Orły nie potrafią latać



Staram się o sportach innych niż piłka nożna pisać rzadko, bo z reguły znam się na nich dość słabo. Ale ponieważ je oglądam i czasami nie mogę powstrzymać się od rzucenia kamieniem jako pierwszy, dlatego futbolową konwencję po prostu łamię. Teoretycznie tenisiści na trawie też grają, bolidy Formuły 1 czasem na nią wjeżdżają, snookerzyści pochylają się nad zieloną wykładziną a skoczkowie narciarscy latają nad igielitem. Nazwa "Na zielonym dywanie" chyba w takim razie swojego wydźwięku nie traci. Co prawda jest zima, więc ci ostatni fruwają nad śniegiem, ale za to w taki sposób, że nie sposób ich zignorować. Mogliśmy dziś obejrzeć popisy naszych reprezentantów podczas Mistrzostw Świata w Lotach. Z tej okazji muszę im szczerze pogratulować przyjacielskiej postawy w postaci przecierania toru najazdowego pozostałym zawodnikom.

Naszą obecność na tych mistrzostwach można najwyżej odnotować w statystykach. Jak obiecująco nie wyglądałoby następne pokolenie polskich skoczków, to jedno w naszym kraju się nie zmienia - na mamucich skoczniach jesteśmy tak beznadziejni, że oglądanie "lotów" orłów Łukasza Kruczka stanowi zwykłą stratę czasu. Z bólem zębów obserwowałem, jak z wysokością bezskutecznie zmagają się Maciej Kot, Krzysiek Miętus, Piotr Żyła, a nawet Kamil Stoch. Ból był podwójny, gdy po chwili telewidz musiał patrzeć, jak skaczący chwilę potem anonimowi Francuzi czy Włosi przy znacznie gorszym pułapie potrafili odlecieć 40 metrów dalej. Osobiście przestałem oglądać konkurs po skoku Kamila, który może być maksymalnie stabilny na skoczniach normalnych, ale na trochę większym obiekcie i tak na cztery skoki przynajmniej jeden spóźni.

Przygotowanie reprezentacji do konkursu było fatalne. Nasi skoczkowie nie potrafią utrzymać wysokości na skoczni, która jest tak wielka, że za skoczków prawie wszystko robi sama - najazd jest długi, zawodnik po wyjściu z progu leci wysoko i tylko od niego zależy, jak długo w powietrzu się utrzyma. Krew zagotowała mi się w momencie, gdy Denis Korniłow wylądował na 212 metrze, mimo że jeszcze nad bulą walczył o utrzymanie nart w miejscu i nie obrócenie się o 180 stopni. Mimo to był w stanie ustabilizować lot, po czym płasko odfrunąć na przyzwoitą odległość. Za jakiś czas z progu wybił się Żyła i mimo nienagannej sylwetki od samego początku grawitacja ściągnęła go w dół szybciej niż człowiek zdąży powiedzieć "rododendron".

Zresztą niech tezę, jakimi słabymi lotnikami jesteśmy, potwierdzą nasze życiowe rekordy. Rekord Polski Adama Małysza (230,5 metra w Vikersund) skoczkowie innych krajów tylko dzisiaj pobili kilkakrotnie, a dalszą odległość na mniejszej skoczni w Planicy był nawet w stanie już wiele lat temu osiągnąć zawodnik poziomu Veli-Matti Lindstroema. A co z innymi?

Kamil Stoch w Planicy doleciał do 226 metra.

Piotr Żyła w Planicy skoczył 202,5 metra. Na treningu!

Krzysztof Miętus przedwczoraj w Vikersund uzyskał 210 metrów. To i tak obiecująco.

Maciej Kot może się pochwalić 190 metrami w Obersdorfie.

Stefan Hula w Planicy wyciągnął 205 metrów.

Nieskaczący już Robert Mateja przez całą karierę był w stanie skoczyć pół metra dalej. 

Łukasz Rutkowski w Kulm wylądował na 203 metrze

Tomasz Byrt nie miał jeszcze zbyt wielu szans, więc 173,5 metra w Obersdorfie wstydu mu nie przynosi. Na razie.

Wreszcie mój ulubiony Marcin Bachleda w trakcie 19 lat kariery dofrunął w Planicy do 201,5 metra. Ledwo zdołał przekroczyć próg dwustu metrów, choć brał udział w takiej liczbie konkursów lotów, że trudno byłoby zliczyć. Mimo wszystko on jako jedyny na progu mamuciej skoczni wzbudza moją sympatię. Dlaczego tak bardzo go lubię? Bo Marcin jest kwintesencją polskich lotów narciarskich. Symbolem tego, do czego zdolny jest nasz skoczek na mamucie. A zdolny jest absolutnie do wszystkiego. Sami zobaczcie - tej odwagi lotu się nie zapomina.

Zresztą czego się spodziewać po naszych chłopakach, skoro trenuje ich Łukasz Kruczek, który sam nigdy nie był w stanie dolecieć na 206 metr...

czwartek, 26 stycznia 2012
Nie być małpką ani imperatorem



- To jest imperator, który przyjeżdża i mówi, co chce robić - tak Włodzimierz Szaranowicz, autor najbardziej rzewnej mowy na temat Adama Małysza w historii polskiej telewizji publicznej, widzi rolę naszego mistrza w trakcie konkursów Pucharu Świata w Zakopanem. I muszę przyznać, że za tokiem rozumowania Pana Włodzimierza nie nadążam. Ile lat Szaranowicz komentuje skoki narciarskie, tyle razy powinien puknąć się w czoło, bo liczby podkreśleń skromności Adama Małysza przez samego "Szarana" nie mam nawet czasu zliczać.

Tak jeszcze raz, dla przypomnienia - Adam Małysz jest jednym z najskromniejszych ludzi, jakich zna cała Polska. Nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której Orzeł z nad Wisły przybywa na skocznię w Zakopanem, w Wiśle, w Szczyrku, w Karpaczu, czy gdziekolwiek indziej i tak po prostu "mówi, co chce robić". To nie w jego stylu i nie wiem, jak komukolwiek taka wizja mogła przyjść do głowy. Ta scena nie istnieje nawet w sferze hipotetycznej.

Pan Adam myślał zapewne, że po zakończeniu kariery będzie miał chwilę spokoju. Niestety, jako ikona polskich skoków, w tym także Zakopanego, stał się dobrem narodowym. Niektórzy zapominają jednak, że Adam Małysz jest także żywym człowiekiem i nie jest niczyją własnością. Zakopane uznało jednak, że Małysz mu się po prostu należy - najlepiej niech wręcza kwiatki, dekoruje zwycięzców, uśmiecha się i rozdaje autografy, byle zadowolić przyjezdny tłum. Pomysłu organizatorów na rolę "honorowego przedskoczka" nawet nie skomentuję. Nasz mistrz może być honorowy, wyjątkowy, legendarny, nawet boski - ale wypuszczenie go w roli jakiegokolwiek przedskoczka byłoby całkowitym upokorzeniem mistrza, niezależnie jakim przymiotnikiem by tej roli nie przyozdobić.

Najgorsze jest to, że takie pomysły wymyśla sam prezes Tajner, a swojego najwybitniejszego podopiecznego nie tylko o nich nie informuje, ale też na zawody PŚ zaprasza... sms-em. Byłemu trenerowi wydało się chyba, że wystarczy wysłać odczepną wiadomość, bo Adam Małysz w Zakopanem po prostu zjawić się musi. Guzik prawda, Małysz nic nie musi. Robi to, na co aktualnie ma ochotę. A na pewno nie ma zamiaru, jak sam słusznie przyznaje, robić organizatorom za małpkę. Podobnie nie wierzę, by nasz orzeł przybył na skocznię z postawą władcy absolutnego - bo jedyne, na czym zależy Małyszowi, to wyjątkowa atmosfera i uśmiechnięte twarze kolegów. Fama i show z pewnością nie są mu do szczęścia potrzebne.

A w międzyczasie nagrodę dla Adama Małysza na Gali Mistrzów Sportu odbiera "w imieniu zawodnika" Apoloniusz Tajner. Nie żona, nie córka, ale prezes PZN. Dlaczego? Bo im się należy. Bzdura. Im nic się nie należy. Należy się za to coś Małyszowi - odrobina szacunku i świętego spokoju po wyczerpujących latach sukcesów.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30